piątek, 14 lutego 2020

Pokochaj siebie nie tylko od święta





„Pokochaj siebie, bo jeśli nie pokochasz siebie, nie pokocha Cię nikt inny.”
Osho 



Dziś Walentynki 🥰🥰🥰


To dobry czas, żeby przypomnieć sobie też o miłości do samego siebie :)


👉By dzielić się miłością, najpierw trzeba uszanować i pokochać siebie samego (a to często krok wymagający naszego własnego rozwoju)👈


Od czego zacząć?
Zadbaj o swoje ciało🤸💧🤸💧
- nawadniaj się regularnie
- oczyszczaj ciało z toksyn i patogenów
- odżywiaj swoje komórki
- ruszaj się (endorfinek nigdy za wiele)
Zauważaj swoje potrzeby 🔥😇🥳
- rób sobie choć małe przyjemności każdego dnia (pogadaj z przyjacielem, zrób sobie ciepłą kąpiel, zadbaj o swój odpoczynek, idź na spacer - zrób cokolwiek, ale dla siebie)
Medytuj, odpoczywaj, wysypiaj się🧚🧚👼🧚🧚👼
- w dzisiejszych czasach umiejętność wyciszenia się jest bezcenna
Zaakceptuj siebie, takim jakim jesteś; 😍😘🧐😜
POKOCHAJ:
- swoje cechy,
- swój wygląd,
- swoje wartości,
- swoje zalety i też to- co uważasz za wady (mogą to być wady tylko w Twoich oczach)
Wyślij swojego krytyka wewnętrznego na urlop 🤣🙃😉
- zacznij doceniać samego siebie, swoje zalety, swoje umiejętności
- bądź SOBĄ, nie goń za innymi za wszelką cenę - nawet najlepsza kopia nigdy nie będzie lepsza od oryginału
Wybaczaj 🤗🤲💏
- żal w sercu potrafi przysłonić nawet najpiękniejszy świat
Weź odpowiedzialność za siebie 🧐🦸🦸♂️
- sam podejmuj decyzje
-wybieraj to, co sprawia Ci radość
- unikaj tego, co zabiera Ci energię
- zastanów się, co tak naprawdę jest dla Ciebie, a co NIE
Pilnuj swoich granic 🤚🤚🤚✋✋✋
- nie daj sobie wchodzić na głowę
- nazywaj emocje
- mów co Ci leży "na wątrobie" - nie trzymaj tego w sobie
Ćwicz talenty i umiejętności 🧐✍🕵️‍🏃🚴🥇🎤
- trening czyni MISTRZA
Kieruj się MIŁOŚCIĄ🥰🥰🥰

JAK NAUCZYSZ SIĘ SZANOWAĆ SIEBIE - TO ŚWIAT ZACZNIE NABIERAĆ INNYCH BARW!!!


wtorek, 21 stycznia 2020

Wzrost = ciągły dyskomfort? Czy aby na pewno???


              Wczoraj usłyszałam ciekawe zdanie: „Jak masz w życiu spokój, to znaczy, że się zatrzymałeś. Rozwój zawsze wiąże się z dyskomfortem”.

Jak zaczęłam o tym myśleć, to doszłam do wniosku, że to bardzo ciekawy program, który próbuje się nam na siłę wdrukować.

- Chcesz się rozwijać – cierp
- Chcesz wzrastać – przygotuj się na to, że będzie ciężko
- Chcesz coś osiągnąć – poświęcaj wszystko, bo jak poczujesz szczęście i zadowolenie – to już rozwojem nie jest…

Wiecie co, większych bzdur nie słyszałam dawno…

Jak ważna tu jest siła intencji….

Jak uważasz, że właściwy rozwój jest wprost proporcjonalny do tego z jaką siłą „dostajesz po tyłku”, to warto się zastanowić, jaki masz program i dlaczego za wszelką cenę masz czucie, że potrzebujesz dobrego dokopania, żeby się coś zmieniło.

A może przyczyna tego stanu tkwi w innym punkcie???

- Może masz trudność z tym, by doceniać to co masz, nie potrafisz się niczym cieszyć i ciągle Ci mało…

- Może za wszelką cenę chcesz być lepszy od swoich rodziców, bo podświadomie uważasz ich za „nieudaczników życiowych” i ciągle chcesz „być lepszy”?

- Może ktoś Ci wmówił, że wzrost to ciągłe cierpienie, bo wychodzenie ze sfery komfortu zawsze ma boleć…

- Może ktoś wmówił Ci, że żeby się rozwijać musisz poświęcać ciągle siebie, rodzinę, uczucia… Masz ciągle „gonić króliczka” poświęcać swoich bliskich i swoje potrzeby (np. snu i odpoczynku) bo ktoś Ci wmówił, że inaczej do niczego nie dojdziesz…

- Może to sam sobie stwarzasz ciągle kołowrotek i wrażenie ciągłego biegu, bo wtedy twój program jest spełniony (nie koniecznie to jesteś Ty)…

- A może to jeszcze jedna rzecz, która wcześniej mi uciekła: spojrzenie zupełnie z drugiego biegunu. Czyli to, że czujesz ciągle, że jesteś "ten gorszy", że "nic Ci nie wychodzi", "do niczego się nie nadajesz" i efekt tego jest taki, że wchodzisz w rolę "podnóżka wewnętrznego" w każdej sytuacji. Na zewnątrz uśmiech i tyranie do utraty tchu często, a na pewno pełnego wyczerpania (tylko po to by dostać choć maleńki "głask", bo mieć namiastkę podziwu i poważania) a w środku ciągła pretensja do siebie, że nie jesteś "dość jakiś". I wtedy gonisz ciągle, w tym przypadku: by za wszelką cenę dobić do osiągnięć innych, zapominając o szacunku do siebie, o swoim cennym wielkim potencjale, o swojej radości rozwoju swoich predyspozycji.

Tylko czy tymi drogami na pewno osiągniesz to co chcesz? Czy cena za to, co poświęciłeś, nie przewyższy końcowego efektu?  Czy kiedykolwiek odzyskasz potem stracony czas chociażby dorastania swoich dzieci, czy poświęconą dla „rozwoju” miłość?


A może warto spojrzeć na to z innej strony???

- Moją intencją jest, by moje wzrastanie było dla mnie radością.
- Moją intencją jest równowaga wewnętrzna.
- Moją intencją jest życie z wdzięcznością za to, co dostaję od życia.
- Moją intencją jest to, by cieszyć się każdą chwilą i wszystkim co mam.
- Moją intencją jest wzrost w miłości, szczęściu i zadowoleniu.
- Moją intencją jest to, że rozwój przychodzi mi lekko i przyjemnie

Czy to nie jest wtedy wzrost i rozwój?
JEST!!!

I o wiele przyjemniejszy według mnie niż ciągły ból…

Chyba, że Twoje wnętrze potrzebuje doświadczać ciągle cierpienia i dyskomfortów we wszystkim.

Zadaj sobie wtedy pytanie, czy to jest potrzeba Twojej duszy, czy to jest wdrukowany w Ciebie program, który miast cię rozwijać, ciągle ci dokopuje…

Może zdarzyło się tak, że przez tą drogę w ciągłym cierpieniu, nieświadomie dokopałeś innym tak, że ich żal do Ciebie odbija się w twojej rzeczywistości?
Może chęć bycia lepszym od wszystkich przysłania Ci całą resztę?
Może twój ciągły bieg, jest tak naprawdę tylko gonieniem króliczka, którego nigdy nie dogonisz, póki nie nauczysz się doceniać i szanować samego siebie i tego co masz…

Życzę Ci tego, byś rósł kwitnąc, a nie więdnąc ze zmęczenia i straty ważnych rzeczy po drodze.

Rozwój boleć NIE MUSI, ale jak dasz sobie taką intencję, to bolał BĘDZIE. Pamiętaj o tym...

Wsłuchaj się w siebie, naucz się czuć z serca, a właściwa droga wzrastania dla Ciebie na pewno się pokaże…



czwartek, 16 stycznia 2020

Zostają Ci ziemniaki z obiadu? Bądź czujny…





Jak to pewnego dnia doświadczyłam obfitości…


Moment, kiedy zostaje Ci ziemniaków z obiadu, a małżonek przed wyjściem do pracy kreatywnie znajduje przepis na domowe tortille…

Ty… nie wiedząc za bardzo na co się piszesz, bo przepis widzisz po raz pierwszy, ochoczo podejmujesz wyzwanie, bo właściwie stolnicę masz przygotowaną…

Efekt:
- Co zabierasz się za wyrabianie ciasta, dostajesz wiadomość, z puli: te ważne, odpisz już 😊
- Jak w końcu udaje ci się wyrobienie ciasta, to twój synek pada ze zmęczenia i idziesz go uśpić.
- Wracasz, a tu ciasto nie wiedzieć czemu wyrosło jak głupie w momencie usypiania synka tak, że ręce załamałaś ile go się zrobiło przez kilkanaście minut…
- Zaczynasz wałkować… sypiesz mąką bo dziadyga się jeszcze złośliwie do wałka przyczepia, a tu patelnie już rozgrzane…
- Zabierasz się za wypiekanie i wałkowanie równocześnie, obficie podsypując ciasto mąką, bo złośliwie znów się przyczepia do wałka a tu jeszcze przewracanie wypieków między czasie…
- Nagle orientujesz się, że masz kuchnie pełną dymu, bo patelnie nie wytrzymały tej ilości jednak… Więc biegniesz w między czasie otwierać okna i drzwi wejściowe żeby się nie udusić. Przy okazji uświadamiasz sobie, że to akurat w końcu dobrze, że wejście jest niedaleko kuchni…
- W efekcie masz górę tortilli i blachę bułek w piekarniku bo już nie możesz więcej patrzeć na wałek i ciągle rosnące ciasto…
- Odwracasz się z radością w duszy, że opanowałaś ten niekontrolowany wzrost i nagle zauważasz, że na tobie i  w kuchni biało, nie ma miejsca bez mąki, która jakoś między czasie się złośliwie wszędzie rozniosła…
-  Na koniec uświadamiasz sobie, że niedawno pokochałaś biały kolor i marzyłaś o kuchni w bieli… To masz 😊

Jak to czasem na marzenia trzeba uważać.

Na koniec, idziesz do pokoju, gdzie twój synek bawił się zanim poszedł spać i orientujesz się, że i tam masz zapewnioną pełną obfitość rozrywki przy sprzątaniu na koniec wieczoru.

Morał:
Przed ochoczym testowaniem nowych przepisów zorientuj się:
-  co oznacza szybko rosnące ciasto
- ile ciasta może dorosnąć z podanych proporcji, zwłaszcza jak masz śpiące dziecko między czasie…
- właściwie dobieraj słowa, jak marzysz, bo biel może do ciebie przyjść nagle w zupełnie niekontrolowany sposób…


Bo inaczej obfitość w pełnym wydaniu:
-  góra tortilli,
- blachę bułek przy okazji (ciekawe jakich w smaku zresztą)
-  popołudnie przy garach
- ukochany biały kolor dosłownie WSZĘDZIE
-  i wieczór na szmacie żeby opanować pole bitwy 😊

Wspaniałości dla tak zapalonych, początkujących kucharek jak ja i ich kreatywnych małżonków  😊

Ps.
Pobojowiska w pełnej krasie bieli w kuchni lepiej byście jednak nie oglądali hahaha

piątek, 10 stycznia 2020

Czucie, wiara, mędrca szkiełko i oko…



„Czucie i wiara silniej mówi do mnie. Niż mędrca szkiełko i oko.”
Adam Mickiewicz

Dziś na live Laury Żurawskiej uświadomiłam sobie, że to już dobrych parę lat minęło od czasu jak po raz pierwszy zaczęłam doceniać siebie i odkrywać swój potencjał.
Wtedy, kilka lat temu miałam przyjemność po raz pierwszy wysłuchać wykładu Laury.

Uderzyło mnie wtedy to, co tam usłyszałam…
Zdałam sobie właśnie sprawę, że dopiero niedawno zrozumiałam, co wtedy zakodował mój mózg….

To co pamiętam do dziś z tamtej konferencji, to Laura – mega silna kobieta z małym dzieckiem przy boku, która mimo wielu przeszkód brnie do przodu.

Zastanawiałam się wtedy jak ona sobie z tym wszystkim radzi. Bo ja wtedy nie bardzo wiedziałam, w którym kierunku mam pójść…
Jedyne, co było dla mnie wtedy pewne, o to, że nie chcę tego jak jest, ale nie miałam pojęcia co chcę i od czego mam zacząć…

Byłam pod wrażeniem Laury i małego wówczas Guzika, który negocjował z ciociami maskotki na konferencji i prowadził z mamą wystąpienie na scenie😊

Ten obraz mam w sobie do dziś.

Tamtego dnia usłyszałam:
„Nie jest ważne co mówi mózg, ważne jest to, co masz w sercu. Wiele razy tego doświadczyłam, że mózg  podpowiadał: nic się już nie da, a serce mówiło – spróbuj. Jakby nie serce, nie byłabym w tym miejscu gdzie jestem.”

Wtedy po tej konferencji połknęłam wręcz książkę Laury w jedną noc i zaczęłam zastanawiać się nad sobą…. Pomyślałam, jak ona mogła, to czemu nie ja…

I się zaczęło…
Najpierw uświadomienie sobie tego, czego więcej nie chcę, potem szukanie drogi, a potem wywrócenie wszystkiego do góry nogami…
I wtedy, jak wszystko gruchnęło jak domek z kart, przepracowałam moc żalu, strachu, niepewności, musiałam się odnaleźć na nowo, zaczęła  się dopiero klarować właściwa droga…

Dziś moja świadomość siebie jest już w zupełnie innym miejscu.
Dziś właśnie czucie i serce jest moim głównym drogowskazem, a nie „mędrca szkiełko i oko”.
Dziś sama jeżdżę na spotkania i szkolenia z moim małym synkiem.
Dziś wzrastam, a posiadanie rodziny pokazało mi drugą stronę medalu i właściwy środek ciężkości.
Dziś doceniam wsparcie, zasłyszane kiedyś zdania, które wiele u mnie zmieniły.
Dziś nauczyłam się być wdzięczna i doceniać to co mam i co osiągam.
Dziś nauczyłam się doceniać drogę samą w sobie.
Dziś doceniam i szanuję lekcje, które do mnie przychodzą i uczę się wyciągać z nich wnioski.
Dziś wiem, że czasem pewne rzeczy trzeba najpierw przepracować w sobie, żeby przestały się manifestować u innych.
Dziś odkryłam i przepracowałam już wiele moich  blokad i ograniczeń.
Dziś odkrywam i poznaję siebie nadal.
Dziś wiem, że szacunek i miłość do siebie samego, to podstawa.
Dziś wiem, że będąc matką można wzrastać w równowadze ze sobą, rodziną i otoczeniem. Do tego docenia się wtedy więcej i patrzy się na wiele spraw inaczej.
Dziś wiem, że chcę wzrastać dalej i realizować w końcu własne cele, a nie, jak przez wiele lat wcześniej, tylko cele i oczekiwania innych…

Taki to był duchowych zmian początek i tak zaczęła się droga, która trwa do dziś i staje się coraz bardziej pasjonująca…

środa, 8 stycznia 2020

Nasze wewnętrzne blokady, czyli wewnętrzny „kołowrotek”





„Istnieją opowieści, które są jak płot. Ograniczają i zamykają.
Jeśli się im poddamy, gwarantują bezpieczeństwo, ale gdy chcemy iść dalej, zagradzają drogę.
Historie tego rodzaju opowiadamy sobie czasem sami i nazywamy je wspomnieniami”.

Bert Hellinger



Zastanawiałam się dziś, co takiego się dzieje, że co jakiś czas pojawiają się w nas odczucia:
- że się kręcimy wokół własnej osi,
- że historia lubi się powtarzać,
- że co jakiś czas spotykają nas podobne zdarzenia,
- że z jakiegoś powodu, mimo starań, nie możemy pójść do przodu w swoich działaniach i celach

              I Jak zaczęłam o tym wszystkim myśleć, zaczęły pojawiać się odpowiedzi…

Miałeś czasem poczucie, że jak przychodzą jakieś dodatkowe fundusze do budżetu, to zaraz pojawia się coś, co je zabiera z nawiązką? Nagle przychodzi np. horrendalny rachunek, coś się nagle psuje w domu, wypada jakaś niespodziewana dziura finansowa.

Czy nagle, jak zaczyna pojawiać się brak czegoś, nagle odkrywasz, że czujesz w tym coś w rodzaju radości, jakiś nieopisany rodzaj komfortu, bo wiesz, wbrew pozorom, co w tej sytuacji robić. Nagle wtedy pojawia się kreatywność i tworzysz coś z niczego.

Jak zaczynasz często chorować, to nagle czujesz, że jest Ci z tym dobrze, bo wszyscy się Tobą znów interesują i Cię wspierają?

Nieraz źle Ci w tych sytuacjach, próbujesz z tego wyjść, a z jakiegoś powodu nie potrafisz… Dlaczego?

Często wtedy obwiniamy wszystko i wszystkich wokół.  A warto zastanowić się, co takiego jest w nas, co przyciąga dane zdarzenia…

I teraz nasuwają się pytania?
- Czy przepadkiem dostatek finansowy nie kojarzy się podświadomie z programem: „Nie warto mieć dużo, bo i tak mi wszystko zabiorą”.
- Czy niedostatek nie kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa i radości np. z dzieciństwa, bo jak trzeba było kombinować, to wszyscy się wspierali, tworzyli coś z niczego, czuć było rodzinne ciepło, robiliśmy coś wspólnie i zgodnie. Mogliśmy liczyć na ochronę rodziców. Czuliśmy się wtedy kiedyś po prostu szczęśliwi?
- Czy jak kiedyś chorowałeś, to podświadomie nie czułeś, że wszyscy się o Ciebie troszczą i jesteś w centrum uwagi. I było Ci w tym dobrze, czułeś wsparcie…

Jakie mamy podświadome programy w sobie?
Jakie wartości przekazuje nasz ród?
Co siedzi w naszej pamięci komórkowej?
Jakie myśli najczęściej nam towarzyszą?
Co tak naprawdę trudne zdarzenia nam pokazują?
Co to jest za lekcja i jakie wnioski mamy z niej wyciągnąć?

Coraz częściej widzę to, że to co sama mam do przerobienia w sobie, wcześniej czy później pokaże mi życie. I im częściej dana rzecz się pojawia, tym grubiej do przepracowania wewnątrz siebie.

Czasem trudno odnaleźć tą właściwą wskazówkę w danej lekcji. Trudno jest uszanować coś w sobie. Trudno jest być wdzięcznym za każde doświadczenie, zwłaszcza, gdy jest ono dla nas w jakiś sposób ciężkie. Trudno zrozumieć, dlaczego nasza podświadomość bojkotuje nasze pomysły… Trudno wyjść z narzuconych nam przez lata programów…
             
Jednak gdy zrozumiemy, że wszystko jest po coś, nauczymy się analizować to, co nas spotyka, dajemy sobie w tym wszystkim intencję, by jak najszybciej zobaczyć, co dana sytuacja nam pokazuje, czego mamy się z niej nauczyć, nagle z czasem dane powtarzające się zdarzenia odpuszczają…

Nasze wzrastanie, nasz rozwój to proces. Obserwujmy więc to, co nas otacza, to co się nam przydarza. Analizujmy, wyciągajmy wnioski i idźmy dalej…





środa, 9 października 2019

Zmiany od czegoś trzeba zacząć…

fot. http://praca.pl




Tak… to ten czas, żeby kontynuować pisanie…

              Aneczko, dałaś mi inspirację dziś. Wdzięczności dla Ciebie.

Od jakiegoś czasu czucie mi mówiło, że czas wrócić do pisania. Tylko nie bardzo czułam jak chcę to robić w nowym wydaniu, co chcę Wam przekazać i od czego zacząć…

Dziś przyszedł dzień odpowiedzi. Właśnie siedzimy sobie przy stole  moim synkiem i zaczynamy pisać do Was na nowo. Z perspektywy nowego widzenia i nowego czucia. Z perspektywy świadomości, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Zaczynam pisać, nie wiedząc jeszcze, czy pamiętam hasła do mojego bloga i czy uda mi się Wam ten tekst zamieścić, ale nic to, jak macie go przeczytać, to wszystko przyjdzie.

Więc…

Pierwsze przemyślenie, jakie mi się dziś pojawiło: to co jest w nas samych jest najpiękniejsze.
 Ale… Trzeba trochę czasu i poszukiwań, żeby to piękno w sobie odnaleźć. Zwłaszcza, gdy jest to moment, gdy zaczynamy wątpić w swoją wartość.

A kiedy tak się dzieje, że zaczynamy wątpić w samych siebie? Kiedy dochodzimy do momentu, gdy pewne rzeczy zaczynają się stabilizować, przychodzi czas rozliczeń, np. -ente urodziny, czy jakiś inny przełom i zaczynamy myśleć: co ja właściwie w życiu osiągnęłam/ osiągnąłem…

I nasz bilans, na podstawie naszego postrzegania siebie, które , na ten moment, wydaje się na minusie…

Czemu widzimy się na minusie?

Dziś zaczniemy od jednej z przyczyn:

Czasem przestajemy kochać siebie samych.

Kiedy to się dzieje?
- Kiedy przez wiele lat poświęcaliśmy samych siebie dla wszystkiego tylko nie dla nas.
- Kiedy zawsze było coś dla kogoś, a my staliśmy na szarym końcu kolejki, czując, że nie jesteśmy dość wartościowi, by na coś zasłużyć…
- Kiedy często mamy poczucie, że odpracowujemy karmę za kogoś i robimy rzeczy dziwne, jesteśmy w ciągłym pędzie, nerwach i strachu, sami nie wiedząc dlaczego…
- Kiedy czujemy, że przestajemy marzyć.
- Kiedy czujemy, że przestaliśmy się rozwijać i nie mamy już żadnych celów.

Co robić? Jak to zatrzymać? Jak zacząć się na nowo kochać?
Trzeba odbudować samych siebie.  To jednak jest cały proces. Ale dobra wiadomość jest taka, że można zacząć na początek od kilku prostych rzeczy.

1.       Warto na początek zacząć od słów które wypowiadamy na co dzień. Słowa mają wielką moc. To jak mówisz, tak masz.
Usiądź zatem w spokoju i pomyśl chwilę, jakich najczęściej słów używasz.

Czy w twoim słowniku przypadkiem nie pojawia się notorycznie słowo: MUSZĘ.
Spróbuj wyczuć ile razy w ciągu dnia to słowo wypowiadasz. Skąd się bierze poczucie, że „ciągle coś musisz”? Czy aby nie wpadłaś/ wpadłeś w spiralę dziwnych zależności, które pochłonęły cię całkiem, splątały i nie pozwalają zobaczyć rozwiązań i z tego wyjść.
 Od czego zatem zacząć?
Jak już złapiesz się na tym ile razy w ciągu dnia to wypowiadasz, spróbuj zacząć to kontrolować. Jak już usłyszysz, że to mówisz – to już jest postawa do zmiany. Następny krok: uświadom sobie, że nic nie musisz, a możesz np. chcieć. Potem, staraj się zamieniać słowo muszę na np. chcę.
Trochę czasu to zajmuje, zanim się tego nauczymy, ale warto. Przyznam się Wam, że sama nad tym słowem pracuję 😊

Kolejne słowo, niestety obecnie dość popularne to: MASAKRA

Zapamiętaj: jak mówisz masakra – masz masakrę.

Zastanów się jak to słowo wykluczyć ze słowika. Użyj np. techniki od słowa MUSZĘ i zacznij to zmieniać .


Zastanów się jakie słowa u Ciebie dominują i w jaki sposób się wypowiadasz. Co najczęściej powtarzasz, na czym się skupiasz. I za pomocą tych wskazówek, zacznij je eliminować.

2.       Kolejna sprawa, to sposób myślenia.

To, o czym myślisz najczęściej  - to przyciągasz.

Zastanów się czy się skupiasz, na tym czego Ci brak, czy na tym czego pragniesz.

I tu ważna jest częstotliwość. Jak myślisz ciągle: nie mam, brakuje mi itp. – to nic nie będzie przychodziło.
Jak zatem zacząć to zmieniać?
-  Myśl, że coś czego pragniesz już jest. Wyobrażaj sobie szczegóły.
- Myśl np. – jestem zdrowa/ zdrowy, a nie: „nie chcę chorować”- podświadomość nie słyszy słowa NIE

Możesz sobie powtarzać na początku, że za każdą negatywną myśl życie Ci płaci 100 ml dolarów. Ten prosty zabieg pozwoli odciągać negatywne myśli. Na początku one lubią wracać z uporem maniaka. Ale w momencie jak zaczniesz te myśli wyłapywać, to już jest pierwszy krok w stronę zmiany.

Więc- dbaj o swoje myśli!!!

3.       Kolejna rzecz – naucz się akceptować samego/ samą siebie

Jak to zrobić na początek, zwłaszcza w przypadku, gdy ciągle dla siebie mamy jakieś „ale”?
Stań przed lustrem i powiedz sobie: Kocham Cię! Jesteś wspaniały/ wspaniała.
Powiedz sobie coś miłego i powtarzaj to z uporem maniaka do momentu, aż w to sam/ sama nie uwierzysz.

To takie wskazówki na sam początek…. Wskazówki, które mnie samej na początku drogi do zmian bardzo pomogły.

I to mi dało poczucie, że wiem od czego zacząć, bo na początku często w głowie prócz negatywności mamy wielki chaos. Więc pomyślałam, że wato się z Wami podzielić tym, co zadziałało u mnie samej.

Te proste ćwiczenia z czasem dały mi poczucie panowania nad emocjami, a to pozwoliło mi pójść dalej.

Czego i Wam życzę.

Wspaniałości dla Was 😊





wtorek, 3 kwietnia 2018

Jak się zmotywować do pracy w domu?





„Nie czekaj, aż pojawi się coś dużego. Zacznij w tym miejscu, w którym się znajdujesz, z tym co masz, a zawsze dojdziesz do czegoś wspaniałego.”
Mary Monin Morrissey



Jak się zmotywować do pracy w domu?

No właśnie…
Jak to zrobić żeby działało?
Jak stać się sobie szefem?
Jak efektywnie wykorzystać czas, gdy nikt cię nie rozlicza?

Wydawałoby się proste, prawda?

Ale w rzeczywistości praca na własny rachunek wymaga więcej organizacji niż praca na etacie. Więcej organizacji, ale i daje zdecydowanie więcej możliwości i satysfakcji. Dlaczego? A no jest kilka przyczyn…

Po pierwsze:
Nikt Ci nie dyktuje co masz robić i kiedy. Sam sobie jesteś sterem żeglarzem i okrętem. Więc jeśli dobrze pokierujesz statkiem, to osiągniesz wiele. Aby dobrze nim pokierować, potrzebna jest ci wiedza. Wiedza, która da odpowiedź na pytania typu: co zrobić, by nie marnować cennego czasu, jak zadziałać, jak dotrzeć do twojego odbiorcy.

Po drugie:
Możesz realizować swoje pasje i połączyć je w całość tak, by zaczęły przynosić zyski. Robienie czegoś z pasją daje niesamowitą wartość dodaną: „nie czujesz, że pracujesz…”

Po trzecie:
Sam sobie planujesz godziny pracy i jej zakres. To ty decydujesz, ile czasu poświęcasz na rozwój, ile na prace z komputerem, ile na dotarcie do odbiorcy. Nikt ci nie każe wstawać skoro świt, gdy akurat jesteś nocnym Markiem i lepiej wychodzi ci myślenie po zmierzchu. Nikt nie nakazuje ci robić przerwy na zawołanie, najlepiej piętnastominutowej, podczas której nie bardzo wiadomo co ze sobą robić… Robisz przerwę, kiedy sam potrzebujesz, pracujesz wtedy, kiedy chcesz i ile chcesz. Oczywiście to przekłada się na efekty. Wiadomo, jak przykładasz się bardziej, efekty pojawiają się szybciej…

Po czwarte:
Sam sobie dobierasz osoby, z którymi chcesz pracować. Nikt ci tego nie narzuca. Masz wybór i możesz sobie stworzyć taki zespół, jak tobie odpowiada. A jeśli wolisz pracować sam, to też masz taką możliwość.

Co więc zrobić by być dla siebie efektywnym szefem? Jak planować czas, by „nie uciekał między palcami”? Jest kilka zasad, które mogą ci to ułatwić i wyklarować.

Ja mam kilka sprawdzonych sposobów, które działają i postaram się nimi podzielić.

Na początek trzeba sobie uświadomić to, że swoją dyscyplinę musisz oprzeć na innych mechanizmach, niż w przypadku pracy na etacie.

Dlatego watro mieć na uwadze zbudowanie odpowiednich nawyków. To one bowiem decydują o tym, czy jesteśmy efektywni, czy też przychodzi nam to z trudem.

Chodzi bowiem o to, by praca przynosiła zysk a równocześnie istotne jest to, by tak wszystko zaplanować, żeby stres spowodowany terminami nie popsuł satysfakcji z wykonywanego zajęcia. Celem działania w życiu powinna być wolność, którą możesz wykorzystywać w sposób, który podwyższa także jakość twojego życia w innych obszarach.

Od czego więc zacząć?

  1. Mój sprawdzony sposób to plan zadań do wykonania na kolejny dzień.

Robię to zawsze przed snem. Podsumowuję to, co wykonałam danego dnia i planuję zadania na kolejną dobę. Tak, u mnie dobę, gdyż z uwagi na to, że zajmuję się synkiem (który też sobie sam planuje dzień i to zawsze bardzo kreatywnie) muszę się dostosować do warunków, które mam.
Ważne jest to, by plan był zapisany. Możesz do tego użyć zarówno kartki i długopisu jak komputera czy telefonu. Pisz tam i w taki sposób, jak jest tobie wygodnie. Plan rób w postaci listy, nie wypracowania. Masz na to spojrzeć i łatwo odhaczyć co zrobiłeś, a nad czym jeszcze trzeba popracować.

Dobrze byłoby ustalić sobie ogólnie plan dnia i godziny pracy. Lecz jeśli nie masz takich możliwości, dostosuj to tak, byś był w stanie to ogarnąć. Ja nie lubię, gdy ktoś przerywa mi wykonywane zadania. Więc najlepiej pracuję, gdy mały idzie spać. W dzień natomiast najlepiej idzie mi planowanie, co z kolei jest bardzo przydatne przy podsumowaniu każdej doby.

Ważne, żeby wyrobić sobie nawyk: o tej godzinie siadam i wykonują poszczególne zadania. Nie odkładaj rzeczy na później. A jeśli musisz to zrobić, z przyczyn od ciebie niezależnych, to pamiętaj, by kolejnego dnia nadrobić to, czego nie udało się zrealizować.

Ważne przy planowaniu jest też to, by zadania do wykonania były szyte na „twoją miarę”. Co to znaczy? Ano to, by zadań nie było ani za dużo, ani za mało. Gdy obciążysz się pracą, po pewnym, czasie będziesz tak zmęczony, że w wszystko w tobie będzie krzyczało: nie wyrabiam, nie daję rady, to nie dla mnie… A to prosta droga do wypalenia. Gdy ustalisz zaś za mało zadań, będziesz miał poczucie, że masz ciągle czas, co może powodować, że wszystko będziesz odciągał w czasie. To z kolei w pewnym momencie doprowadzi do tego, że poszczególne rzeczy się na siebie nałożą. Kolejna pułapka tu jest taka, że będziesz robił wiele rzeczy niepotrzebnych, zamiast skupić się na priorytetach. I jeszcze jedna ważna rzecz, im mniej zaangażujesz czasu, Tym wolniejsze będą efekty.

Zorientuj się zatem, ile pracy to dla ciebie w sam raz, by to co robisz było dla ciebie przyjemnym zarobkowaniem.

  1. Sprawdzaj efekty
 Dlaczego? Bo to efekty decydują, czy masz zysk, czy nie. Jeśli coś nie przynosi rezultatów, to zastanów się nad tym, czy potrzeba na to więcej czasu, czy może lepiej wymyślić jakiś inny sposób dotarcia do odbiorcy. Znajdź kilka kanałów dystrybucji i sprawdzaj co jakiś czas, co działa najlepiej. Pomoże ci to zbudować własny sposób działania i pozwoli na zaoszczędzenie czasu poprzez eliminowanie zbędnych czynności.


  1. Bądź konsekwentny
Pamiętaj, tylko wytrwałość powadzi do stabilnego sukcesu. Nie zawsze idzie prosto, nie zawsze jest łatwo. Ale jak wiesz do czego dążysz jest zdecydowanie łatwiej. Miej główny cel, dąż do niego krok po kroku, planując mniejsze celiki po drodze.


  1. Oddziel przestrzeń pracy od przestrzeni domowej.
 Dobrze jest mieć stałe miejsce, gdzie pracujesz. Sprawdza się tu również plan dnia. Co to daje? Pomaga zarówno w organizacji (nie musisz codziennie przenosić narządzi pracy z miejsca na miejsce, co daje dodatkowy czas) jak i w przestawieniu myślenia z rodzinnego na zawodowe.


  1. Dawaj sobie nagrody.

Co może być nagrodą? To zależy od samego ciebie. Nagrodą już jest umiejętność podziękowania sobie za dobrze wykonaną pracę. Może to być mała lub większa przyjemność dla ciała lub ducha.


  1. Zadbaj o wolny czas

Dobrze zaplanowany czas odpoczynku podnosi poziom endorfin i podnosi motywację. Dzięki temu stajemy się bardziej kreatywni.

Pamiętaj, ruch najlepiej wpływa na nasze samopoczucie. Ciało po wysiłku fizycznym staje się zrelaksowane, znika wszelkie napięcie. Ma to istotny wpływ na gospodarkę hormonalną i naszą motywację do działania. Dostosuj poziom aktywności do siebie. Może to być zarówno spacer jak i aktywny trening.

Znajdź czas na relaks, spotykaj się z ludźmi
W życiu należy zachować odpowiedni balans. Musisz mieć czas na regenerację, podczas której nie myślisz o pracy. Umysł potrzebuje odpoczynku i nie można cały czas funkcjonować na wysokich obrotach myślowych. Umiejętność relaksacji jest zatem kluczowa, abyś był produktywny i z entuzjazmem podchodził do pracy.

Wysypiaj się
Sen ma bardzo istotne znaczenie, z wielu powodów. Najważniejszym z nich jest jednak ogromne powiązanie kortyzolu z jakością naszego snu, gdyż to on powoduje zmęczenie oraz znużenie w ciągu dnia.

Jak więc efektywnie i dobrze sypiać?
- Zadbaj o całkowity mrok w pokoju. Nasz mózg odczytuje każdy sygnał fotonowy jako bodziec do uaktywniania się. W ten sposób nie możemy zapaść w głęboki sen, gdyż melatonina (hormon snu) jest hamowana przez światło.
- Staraj się też nie używać smartfona ani laptopa przed samym snem. Warto dodatkowo zadbać o odpromienniki, które pozwolą na znaczne zmniejszenie promieniowania.
  
Mam nadzieję, że w/w rady pomogą ci zmotywować się do pracy. Nie jest to ciężkie zadanie, jednak wymaga zaangażowania w zmianę nawyku.
Za każdym dniem będzie coraz prościej. Wypracowanie dobrych nawyków pozwoli zarówno  na efektywną i kreatywną pracę jak i na szczęśliwe życie prywatne.