poniedziałek, 14 listopada 2022

Związek idealny


                                                                                     fot. Łukasz Kwiatkowski 


Miałam ten tekst we mnie już od kilku dni. Wołał mocno, żeby wyjść, więc czas ku temu…

 

Związek idealny…

 Ostatnio pojawiło się we mnie mocne zobaczenie. Zobaczenie i połączenie wielu  kropek, które rozproszone, od wielu lat we mnie, gdzieś się pojedynczo tułały.

 Związek, mój związek, związek z mężem mym.  Idealne lusterko samej mnie.

 I ogromna wdzięczność, że był i jest właśnie taki jaki jest.

 Moje wspomnienia powędrowały daleko w przeszłość i zobaczyłam, jaką niesamowitą drogę razem przeszliśmy.

 Czasem mocno razem, momentami  osobno, a nawet całkiem samotnie. Wijąc się po kątach ze swoimi niewypowiedzianymi uczuciami…

 Popatrzyłam na sedno tych wszystkich naszych przeżyć. Każdego, tego pięknego czucia i tych cholernie trudnych momentów.

 Pierwsze zobaczenie poszło mi do momentu, kiedy pewnego dnia poczułam”ani chwili dłużej” i z wielkim hukiem, z dnia na dzień wyprowadziłam się z domu, mając ze sobą nieco ubrań, parę książek i zdjęć, 4 talerze, koc i Marcina przy boku. Wyjechaliśmy zostawiając za sobą wszystkie “I tak wrócisz z płaczem”, wyruszając w nieznane, nie wiedząc, gdzie będziemy mieszkać i z czego żyć, ale mając siebie i czując, że robimy najlepszą rzecz w naszym życiu…

 Drugie zobaczenie poleciało do zdjęcia, które wrzucam wyżej. Jednego z momentów z serii “balansując na krawędzi”. (A mieliśmy takich kilka…)

 To był czas próby. Próby wybaczania, ukojenia żalu, stanięcia ze sobą w prawdzie i w konsekwencji zobaczenia własnego piękna.

 

Pamiętam słowa, które wówczas usłyszałam, które na zawsze pozostaną piękną lekcją.

 

“Kasia, nikogo nie zmieniaj, pracuj nad sobą, a reszta się ułoży”

Jakie to było dla mnie trudne…. Jak to nad sobą??? Przecież ja nic nie zrobiłam, to wszystko wkoło nie jest takie, jakbym chciała. To mój mąż musi się zmienić, by było dobrze - myślałam wtedy.  Nie chciałam nawet zobaczyć tego, co było we mnie. Że to  ja wiele razy tworzyłam ten scenariusz, a mój mąż nie miał tam miejsca. Zupełnie sobie tego wtedy nie uświadamiałam. Czułam tylko, że mam być silna. Silna, bo kobiety mojego rodu musiały takie być…

 

“Kasia, ale to ty zabrałaś mu energię… oddaj mężowi, co męskie…”

Kolejna szpila. Jak to ja??? Usłyszeć to po latach, gdy w mojej głowie dzwoniło: to ty masz być silna, to ty masz zarabiać, to ty jesteś odpowiedzialna za to, żeby było.. to ty…., to ty…, to ty…

 

A kryło się za tym stado przekonań:

-        Ja muszę, bo mężczyzna nie da rady…

-        Mężczyźni nie potrafią zarabiać

-        Na mężczyznę nie można liczyć

-        Rodzina to dla mężczyzny tylko przyjemność, a dla kobiety ciągły ból

-        Nie mów o tym co naprawdę czujesz, bo ci dokopią

-        O słabościach i uczuciach się nie mówi

-        Dziecko to pies do twojej łydki

 

Miałam poupychane tego w głowie dużo… oj dużo…

 I w momencie, gdy musiałam oddać mężowi prawo do zarabiania na rodzinę, mając świadomość własnej zależności, było dla mnie nie do przejścia…

Ja tyle lat aktywna, tyle lat usiłująca udowadniać światu, że “zasługuję”, musiałam zostać po raz pierwszy kobietą, matką, strażniczką domu, od czego uciekałam ze strachem latami…

 Wiecie jak trudno oddać coś, co się komuś latami nieświadomie zabierało??? Jak trudno w takich momentach zaufać, że wszystko jest tak, jak być powinno? A jak trudno stać się kobietą, po latach próbowania bycia mężczyzną…

 

“Dziękuj za wszystko, co do Ciebie przychodzi, za to piękne i za to trudne”

To trzecie zdanie usłyszałam chyba wtedy na dobicie przeciwnika. Przeciwnika, którym byłam sama dla siebie. Jak to mam dziękować? Za kopniaki, które mi życie, nie wiedząc czemu fundowało, pomyślałam…

 

Ale to miejsce, w którym wtedy byłam, było już dla mnie tak trudne, że postanowiłam się jednak z tym zmierzyć, zupełnie nie rozumiejąc po co.

 Pierwsze trzy miesiące cedziłam podzięki przez zęby, w cichości, nie raz roniąc łzy wściekłości.

A potem zrozumiałam. Zrozumiałam, że wszystko, co do nas przychodzi jest lekcją.

Lekcją, z której trzeba nauczyć się wyciągać wnioski. Od tego momentu poczułam mocno, wszystko co nas spotyka tworzymy sami. Swoimi przekonaniami, myślami, strachem, niewiedzą, podświadomością. Zobaczyłam, że gdy odkrywałam po co daną lekcję dostaję, ona zaczynała odpuszczać.

 

Poczułam dopiero wtedy, że wszystko co do mnie przyszło było mi potrzebne bardzo. Uświadomiłam sobie, że mój Marcin stał przy mnie zawsze, że i on przeżywał mocno swoje….

Zrozumiałam, że w wielu przypadkach to on miał rację i próbował się przebijać przez moje strachy, wyciągając rękę, którą ja odrzucałam.

 

To był krok we mnie milowy. Krok, który nauczył mnie jak być sama dla siebie wartością. Kobietą w pełni kobiecą. Wtedy właśnie zobaczyłam to moje kochane lusterko - Marcina z wielką dla niego i po raz pierwszy dla siebie wdzięcznością.

 Pierwszy krok w zrozumieniu.

Oczywiście, to nie był koniec testów. Życie wiele jeszcze razy pokazywało nam wiele. Ale i tak w ostatnie pięć lat zrobiliśmy więcej oboje niż przez 38 lat wcześniej. Razem i osobno. Osobno i razem, ale zawsze obok siebie.

Nauczyć się być razem w pełni, a równocześnie uszanować swoją indywidualność i granice.

Przyjmować piękne doświadczenia, mnożyć miłość, ale i docenić te trudne, które brane  na klatę razem, okazały się dużo prostsze.

 Odkryć, że energia zarówno męska jak i kobieca, są mocarne każda w sobie i każda z nich ma swoje zadanie. A połączone tworzą moc nie do zniszczenia.

 

Słyszeć od własnego męża, po przeszło 20 latach bycia razem słowa:

“20 lat temu Cię kochałem, a teraz cię uwielbiam.”

“Kocham cię, uwielbiam, a przede wszystkim ogromnie szanuję.  Jesteś matką moich dzieci, wspaniałych dzieci, które urodziłaś mi wbrew sobie, bo ja bardzo chciałem. Matką i kobietą mojego życia. Pasujemy do siebie idealnie.” 

Bezcenne…

 Związek idealny kochani…

 Idealny nie znaczy zawsze cukierkowy i  łatwy.

Idealny znaczy twórczy. Taki, który buduje, przyjmuje lekcje i się z nich uczy. Taki, gdzie dwoje kochanków jest ze sobą, nie by skomleć o zauważenie, czy udowadniać sobie wzajemnie swoją “ważność”,  lecz by być razem w pełni swojej indywidualności,  wzajemnym szacunku, kochając siebie z pełnym dobrodziejstwem inwentarza. Dając sobie pozwolenie na bycie sobą i ze sobą w pełni.

 

Mężu, dla Ciebie z wdzięcznością.

 


czwartek, 10 listopada 2022

Jak ugrzęzłam na bogactwie, czyli : co jak mam jeszcze kurwa upraszczać...

 


No i poczułaś, to...

Jest Ci w końcu dobrze.

Znaczy nawet inaczej... Tak dobrze, jak teraz to jeszcze w życiu nie miałaś. Masz męża, z którym masz czucie, że możesz wszystko i wystarcza tak, że nie myślisz ciągle o łataniu wielkich dziur w budżecie.

Wspaniały mąż, dzieci, domek, własnoręcznie naprawiany i sytuacja finansowa taka, że w końcu od 10 lat masz pierwszą, całkiem nową kurtkę i buty na zimę... 

W końcu robisz to, co lubisz. Masz więcej czasu. Stawiasz pierwsze kroki w biznesie. Już jest tak, że masz w końcu zdrowie, ukochane olejki terapeutyczne i od lat wymarzony kolagen (który jest Ci teraz ogromnie potrzebny dla odbudowania organizmu) za rabaty. Znaczy, nie musisz w końcu dopłacać...

I się szkolisz, by doskonalić swoje umiejętności.

No i pewnego pięknego dnia wpadasz a zoom, ma być o bogactwie. Więc, z nadzieją w sercu stajesz do kolejnego w życiu etapu. Tego jeszcze nie udało ci się doświadczyć w tym życiu, więc szukasz rozwiązań ciągle i ciągle....

Zaczyna się super, przekonania, traumy, schody... Kamień z serca... Bo to już odkrywasz w sobie od kilku dobrych lat, to myślisz - będzie dobrze...

Aż tu pewnego dnia... Zoom o dochodzie netto, oszczędzaniu i inwestowaniu. Tak na marginesie, zoom pojawia się w czasie, gdy ceny wszystkiego szybują w górę jak głupie, inflacja rośnie, a pieniądz, który jeszcze rok temu coś był wart, dziś leci na łeb na szyję. 

Ale co tam, myślisz. Dochód netto to dochód netto. Dodasz wszystkie zarobki, zasoby, odejmiesz długi i wydatki i zobaczysz, co tak naprawdę masz...

Do tego słyszysz magiczne słowo bogatych:

Chcesz mieć majątek, upraszczaj... Wydawaj mniej niż zarabiasz i jeszcze odkładaj, by oszczędzać i inwestować.

Pierwsze twoje wrażenie... z czego ja mam oszczędzać, jak pierwszy raz w życiu mam tak, że mi wystarcza...

Wystarcza, ale... Na podstawy podstaw funkcjonowania i to bez żadnych szaleństw…

Ideał sięgnął bruku, myślisz, zaczynasz łapać doła i mieć wyrzuty, że za dużo wydajesz....

Po chwili zastanowienia postanawiasz się podzielić swoimi przemyśleniami z twoją mentorką.

- Kasia, jeśli cię to pocieszy, to ja też tak mam, słyszysz.... 

Szybka analiza twego  wspaniałego mózgu i dochodzisz to tego, że to cię wcale nie pocieszyło. Super by było, jakbyśmy jednak obie miały lepiej...

- Kasia, trzeba do tego stanąć. Po prostu zobacz gdzie jesteś i podstawa to upraszczać...

(Upraszczać znaczy, zapewnić sobie minimum na życie, a resztę inwestować.)

No i stajesz do tego... Dzielnie, jak to Ty. Co nie staniesz... Kto jak nie ty....

Żeby było mało dla tego czucia, przychodzi ci jeszcze streszczenie zoom, w którym pierwsze, co czytasz, to: zobacz, czy potrzebna ci kawka na mieście...

Jak to zobaczyłam, mój mózg od razu zawołał:

Kawka na mieście... Kiedy ja ostatnio piłam kawkę na mieście? Prawie dwa lata temu...

Jakie ja miałam fanaberie wydatkowe ostatniego roku?

I od razu widzisz, swoją pierwszą, nową kurtkę, kupioną po raz pierwszy od 10 lat i buty na zimę…

Myślisz, czy była konieczna?

Byłaś w ciąży, więc w te stare ze szmateksu powoli się nie mieściłaś. Jednak dzieciątko nie zdecydowało się narodzić, więc na dobrą sprawę już nie jest ci ona konieczna, a i pewnie w ciąży mogłabyś czasem w zimie na spacer chodzić w dwóch swetrach.

Buty: po co ci buty na zimę i to jeszcze nowe…? Masz przecież tanisówki… jak nie będzie bardzo mokro, to obskoczysz…. 

Kawka na mieście raz na dwa lata? No to zdecydowana fanaberia. Ale nagle przypominasz sobie, że taka kawka zdarzała ci się tylko w momentach, kiedy miałaś takiego doła, że czułaś, że jak w końcu nie zrobisz czegoś dla siebie, to eksplodujesz…

Inne fanaberie????

-        Remont w domu, który się już sypał, czego już ominać się nie dało, bo Jaśko (twój drugi syn)  był na pokładzie i trza było jakoś rozciągnąć możliwości naszego domu. Remont oczywiście, po raz kolejny robiony od początku do końca własnymi ręcyma. Kuchnia po remoncie jeszcze do dziś czeka na meble, w związku z czym, rolę szafek, póki co  pełni stara, plastikowa półka z czasów PRL do łazienki,  dostana od rodziców i miejsce na podłodze pod stołem.

-        Szafa na ubrania dla dzieci - czy konieczna? No może nie, można przecież ubrania trzymać w kartonowych pudłach….

-        Łóżko dla Wiktora - starszej latorośli, bo wyrósł z łóżeczka, które zresztą przejął po nim już Jaśko i wersalka, pierwsza nowa, bo stare, bardzo wiekowe i wysłużone,  odziedziczone po poprzednich właścicielach naszego domu już się całkiem rozleciały… No możnaby ostatecznie spać na podłodze, Wiktoru nawet lubi… Ale ty dochodzisz do wniosku, że jednak zdecydowanie wolisz sypiać w łóżku…

Pozostałe meble, pościel, garnki, talerze, firanki, kapy, zasłony i inne rzeczy wyposażające nasz dom są jeszcze “po poprzednich właścicielach” albo dostane… To samo się tyczy ubrań i butów dzieci i większości twojej garderoby… Albo “szmateksowe”, albo “dostane”

-        Dwa jednodniowe wyjazdy z dziećmi na wakacje w większości sfinansowane z bona turystycznego, bo czułaś z mężem, że dzieciom też się w końcu coś należy od życia.

-        No i klu programu - fanaberia na całej linii, 2 książki o biznesie, biblia olejkowa i 4 tomy “Wędrówki dusz” - które okazały się dla Ciebie zbawienne po tym, jak poroniłaś i szukałaś odpowiedzi dlaczego????

 

Aaa i jeszcze fanaberie dla dzieci: 2 razy w tygodniu jazda konna Wiktorka po 30 min każda, która się okazała dla niego zbawienna i naturalne wspomagacze zdrowia dla naszej rodziny w postaci olejków terapeutycznych i suplementacji, dzięki którym jesteśmy w zdrowiu, w ilości też takiej, by zapewniać sobie odbiór rabatów i gratisów z działania biznesowego. Czyli to co musisz, by dostać wypłatę, bez szaleństw. Resztę zaś nadganiasz ziołami.

O eureko… uświadamiasz sobie też, że ziołami też nadganiasz posiłki… Czyli jak nie masz pomysłu na obiad, idź na łąke, nazbieraj ziół i zrób sos albo zupę.

I tak patrzysz na to i myślisz… nosz kurwa… fanaberie na całej linii…

I jak mnie to pociągnęło w dół….

Znów myśli:

-        nie zasługujesz

-        po co ci buty

-        jak ty możesz mówić o biznesie, jak sama jesteś w jakiejś gównianiej depresji

itd…

 

Ale po kilku chwilach przyszło światełko.

Przecież godzinę temu, byłaś z siebie dumna. Dumna z tego co przeszłaś, co osiągnęłaś, co poukładałaś.

Uświadamiasz sobie, że nawet nie masz już chęci  wracać do jedzenia najtańszych parówek i sosu  koperkowego każdego dnia, schorowanego organizmu, stresu, wyrzutów sumienia za każdą małą rzecz dla siebie, oszczędzać w momencie, gdy wartość pieniądza leci na łeb na szyję, a nawet sytuacja ekonomiczna na świecie nie da się przewidzieć dalej niż na pół roku….

 

Co zatem możesz zrobić z miejsca w którym jesteś, by jednak wzrastać a nie znów ciągnąć się w dół.

I wymyśliłam…

-        Jestem tu gdzie jestem.

-        Mogę robić małe kroki, małe rzeczy każdego dnia, na które jestem gotowa

-        Mogę się cieszyć tym co robię, tym co mam.

-        Mogę być sobie wdzięczna za każde moje doświadczenie, które wiele razy było dla mnie mega skokiem.

-        Jak nie mam póki co przestrzeni na  jeszcze większe upraszczanie, bom całe życie upraszczała na maksa, by przetrwać, to to też jest ok.

-        Zasługuję na  buty i nową kurtkę, a nawet na kawkę na mieście.

-        Cieszyć się każdym krokiem to jest wielka moc.

-        Może moje finanse są dalej na depresji, biorąc pod uwagę dochód netto, ale tak dobrze, jak jest mi teraz, nie było mi jeszcze nigdy. A to oznacza, że wykonałam już  kawał dobrej roboty i jestem z tego cholernie dumna!!!

-        Moje doświadczenia są tak mocarne, że pewnie niejednego już wesprzeć mogą.

 

Jestem BOGATA!!!! Bogata w moje doświadczenia, bogata w szacunku do siebie, bogata w tym co mam, tu i teraz. Bo odwaliłam już kawał dobrej roboty, a to dopiero początek bogactwa coś czuję.

 

Dedykuję ten tekst każdemu, kto myśli, że “nie zasługuje” . Każdemu, kto ma dla siebie jakieś “ale”. Zobaczcie, tak jak ja to uczyniłam, jaki kawał dobrej roboty już zrobiliście. I jaki krok możecie zrobić tu i teraz z tym, co macie, tak, by zawsze potrafić się docenić.


czwartek, 1 października 2020

Chcesz wiedzieć, pytaj….

 


 

"Zbyt wielu ludzi przecenia to, kim nie jest i nie docenia tego, kim jest."

MALCOLM S. FORBES

 

 

Co za cudowny dzień pięknych lekcji….

 

Każdego dnia jakoś ostatnio przychodzą do mnie przecudowne doświadczenia i przemyślenia.

 

Jestem za to bardzo wdzięczna.

 

Jakie to piękne, kiedy oczywiste oczywistości, stają się dla Ciebie w danym momencie odkryciem….

Kocham te chwile…

 

 

Przychodzą do Ciebie nagle ludzie, którzy wypowiadając jedno zdanie, przesuwają Ci przed oczyma, niczym film, łączące się ze sobą twoje własne doświadczenia. I nagle łapiesz się na tym, że pyk… połączyły się fakty i masz kolejną odpowiedź dla samego siebie.

 

Ach….

 

Zastanawiałeś się kiedyś, co dla Ciebie tak naprawdę jest szczęściem?

Ja zadawałam sobie to pytanie od jakiegoś czasu…

 

I… zaczynają mi się pewne fakty klarować….

 

Kiedyś było tak, że obserwowałam innych, ciągle do siebie mając jakieś „ale”, ciągle myśląc, że inni są tacy perfekcyjni, a ja zawsze jestem „nie dość jakaś” ….

 

Jak wiele programów się na to nakładało, które łapałam przez długi czas, wpychając w miejsca, w których brakowało miłości, do samej siebie.

I dziś sobie uświadomiłam ile tych dziur bez miłości miałam w sobie, obsadzonych programami, myślami, poglądami i oczekiwaniami innych. Energia nie lubi pustki, więc jak nie masz miłości, to wpychasz w siebie wszystko, bo cokolwiek jest lepsze niż nic.

Jakie to było „nie moje”, a ja się zastanawiałam, co ze mną jest nie tak…

 

Nie raz to słyszałam:

Jak chcesz coś osiągnąć, to musisz wiedzieć, co.  Ale…

 

No właśnie to ale….

Ale jest w tym „czymś”

W sensie dziś mnie olśniło, że osiągnięciem dla każdego może być coś innego. I mało tego – każdy wybór ma swoje konsekwencje.

 

Plus jest taki, że jak odkryjesz, który wybór z tobą rezonuje, to konsekwencją może być po prostu szczęście.

 

Co mam na myśli?

Niedawno przeczytałam hasło: „Pieniądze szczęścia nie dają”

I zaraz po tym przypomniało mi się wypowiedź: „Jesteś kimś, jak masz kasę. I mówić Ci co masz robić, może tylko ten, co osiągnął sukces (w tym przypadku, ma kupę kasy)”

 

Tylko właśnie wtedy nasuwa się pytanie: co dla kogo jest sukcesem i szczęściem….


I czy sukces innych jest sukcesem dla mnie?

 

I jak zaczęłam o tym myśleć to odkryłam właśnie tą oczywistą oczywistość: mianowicie to, że dla każdego sukcesem może być coś innego.

 

Dla jednego sukcesem jest posiadanie kilku willi, samochodów, podróże po całym świecie, a dla innego sukcesem jest miłość, rodzina i równowaga emocjonalna.

 

Można mieć jedno i drugie? Pewnie można, ale myślę, że warto przy tym wszystkim przeanalizować koszty. W sensie takim, czy jedno przy przysłania drugiego. Czy goniąc za jednym, drugiego wprost nie tracę po drodze. Czy jedno i drugie jest mi tak naprawdę potrzebne? Czy moje wybory są moje, czy ktoś mi powiedział: że tak wypada, że to jest dobre dla moich dzieci, że mam robić tak, bo wszyscy tak robią, że mam robić, tak, bo u kogoś to zadziałało, bo odkrył siebie  (i wiele innych stwierdzeń)

 

Jak często kierujemy się doświadczeniami innych zapominając o naszych wysłanych potrzebach?

Jak często zapominamy o tym, że niekoniecznie doświadczenia innych są lekarstwem dla nas?

Jak często szukamy wszędzie, tylko nie w sobie?

Jak często zapominamy, że to, co dla innych jest sukcesem, dla nas może być pasmem przykrości.

 

 

No właśnie…

 

Więc kiedy osiągamy sukces i szczęście?

Myślę, że wtedy, gdy w środku czujemy, że:

- to jest to coś, co nas uskrzydla

- robienie czegoś powoduje radość w sercu

- wprost nie czujemy, że „robimy”, bo to taka pasja, że nie możemy się od tego oderwać

- czujemy po prostu równowagę i harmonię

- pewne rzeczy okazują się zupełnie nieważne (np. mając miłość okazuje się, że majątek nie jest dla nas wcale istotny)

- czujemy, że mamy wszystko, co na dany moment jest nam potrzebne

 

I wiecie co dziś odkryłam:

- że w każdym momencie mojego życia otrzymywałam to, co było dla mnie potrzebne

- że to co było dla mnie trudne i powodowało w danym momencie masę złości i żelu, okazywało się z czasem bardzo potrzebną lekcją

- że lekcje dostawałam po to, by pokochać w końcu siebie i uszanować to, co mam (I czasem były to takie lekcje, że zbierałam się długo. I jak uczeń zaskoczyć nie mógł w czym rzecz, to lekcje były tak dotkliwe, że miałam ich tak dość, że w końcu odkryłam, co jest prawdziwym sednem)

- że jak uczeń pojął, czego się uczy, to lekcje odpuszczać zaczęły

 

Co mnie to nauczyło:

- że najważniejsze jest to, by działać w zgodzie ze sobą

- by za wszystko być wdzięcznym, bo wszystko co dostajemy, jest odpowiedzią na to, czego potrzebujemy, lub co sami w świat wysyłamy

- że jak masz miłość do siebie i równowagę w środku, to cała reszta zaczyna wskakiwać na właściwe tory

- że majątek nigdy nie jest celem, jak tego tak naprawdę nie czujesz, w sensie, twoje serce potrzebuje czegoś zupełnie innego

- że każde doświadczenie buduje, choć nieraz potrafi nieźle zezłościć

- że wszystko może przychodzić łatwo i przyjemnie, jak działamy w zgodzie ze sobą i taka jest nasza intencja (w sensie uczymy się jak myśleć, jak dobierać słowa, by były w zgodzie z nami i naszymi potrzebami)

 

Sęk w tym, by odkryć:

- Co ze mną rezonuje

- Co jest moje, a co narzucone z zewnątrz

- Co mnie buduje

- Dlaczego podświadomość pewne rzeczy nam bojkotuje i po co to robi

- Co mam tak naprawdę się nauczyć.

 

 

Podsumowując:

Jakie dziś dla mnie lekcje:

Szanuj wszystko, co Cię spotyka, bo wszystko jest po coś.

Odpowiedzi szukaj w sobie, bo wszystko tam masz, co Ci potrzeba.

 

 


piątek, 14 lutego 2020

Pokochaj siebie nie tylko od święta





„Pokochaj siebie, bo jeśli nie pokochasz siebie, nie pokocha Cię nikt inny.”
Osho 



Dziś Walentynki 🥰🥰🥰


To dobry czas, żeby przypomnieć sobie też o miłości do samego siebie :)


👉By dzielić się miłością, najpierw trzeba uszanować i pokochać siebie samego (a to często krok wymagający naszego własnego rozwoju)👈


Od czego zacząć?
Zadbaj o swoje ciało🤸💧🤸💧
- nawadniaj się regularnie
- oczyszczaj ciało z toksyn i patogenów
- odżywiaj swoje komórki
- ruszaj się (endorfinek nigdy za wiele)
Zauważaj swoje potrzeby 🔥😇🥳
- rób sobie choć małe przyjemności każdego dnia (pogadaj z przyjacielem, zrób sobie ciepłą kąpiel, zadbaj o swój odpoczynek, idź na spacer - zrób cokolwiek, ale dla siebie)
Medytuj, odpoczywaj, wysypiaj się🧚🧚👼🧚🧚👼
- w dzisiejszych czasach umiejętność wyciszenia się jest bezcenna
Zaakceptuj siebie, takim jakim jesteś; 😍😘🧐😜
POKOCHAJ:
- swoje cechy,
- swój wygląd,
- swoje wartości,
- swoje zalety i też to- co uważasz za wady (mogą to być wady tylko w Twoich oczach)
Wyślij swojego krytyka wewnętrznego na urlop 🤣🙃😉
- zacznij doceniać samego siebie, swoje zalety, swoje umiejętności
- bądź SOBĄ, nie goń za innymi za wszelką cenę - nawet najlepsza kopia nigdy nie będzie lepsza od oryginału
Wybaczaj 🤗🤲💏
- żal w sercu potrafi przysłonić nawet najpiękniejszy świat
Weź odpowiedzialność za siebie 🧐🦸🦸♂️
- sam podejmuj decyzje
-wybieraj to, co sprawia Ci radość
- unikaj tego, co zabiera Ci energię
- zastanów się, co tak naprawdę jest dla Ciebie, a co NIE
Pilnuj swoich granic 🤚🤚🤚✋✋✋
- nie daj sobie wchodzić na głowę
- nazywaj emocje
- mów co Ci leży "na wątrobie" - nie trzymaj tego w sobie
Ćwicz talenty i umiejętności 🧐✍🕵️‍🏃🚴🥇🎤
- trening czyni MISTRZA
Kieruj się MIŁOŚCIĄ🥰🥰🥰

JAK NAUCZYSZ SIĘ SZANOWAĆ SIEBIE - TO ŚWIAT ZACZNIE NABIERAĆ INNYCH BARW!!!


wtorek, 21 stycznia 2020

Wzrost = ciągły dyskomfort? Czy aby na pewno???


              Wczoraj usłyszałam ciekawe zdanie: „Jak masz w życiu spokój, to znaczy, że się zatrzymałeś. Rozwój zawsze wiąże się z dyskomfortem”.

Jak zaczęłam o tym myśleć, to doszłam do wniosku, że to bardzo ciekawy program, który próbuje się nam na siłę wdrukować.

- Chcesz się rozwijać – cierp
- Chcesz wzrastać – przygotuj się na to, że będzie ciężko
- Chcesz coś osiągnąć – poświęcaj wszystko, bo jak poczujesz szczęście i zadowolenie – to już rozwojem nie jest…

Wiecie co, większych bzdur nie słyszałam dawno…

Jak ważna tu jest siła intencji….

Jak uważasz, że właściwy rozwój jest wprost proporcjonalny do tego z jaką siłą „dostajesz po tyłku”, to warto się zastanowić, jaki masz program i dlaczego za wszelką cenę masz czucie, że potrzebujesz dobrego dokopania, żeby się coś zmieniło.

A może przyczyna tego stanu tkwi w innym punkcie???

- Może masz trudność z tym, by doceniać to co masz, nie potrafisz się niczym cieszyć i ciągle Ci mało…

- Może za wszelką cenę chcesz być lepszy od swoich rodziców, bo podświadomie uważasz ich za „nieudaczników życiowych” i ciągle chcesz „być lepszy”?

- Może ktoś Ci wmówił, że wzrost to ciągłe cierpienie, bo wychodzenie ze sfery komfortu zawsze ma boleć…

- Może ktoś wmówił Ci, że żeby się rozwijać musisz poświęcać ciągle siebie, rodzinę, uczucia… Masz ciągle „gonić króliczka” poświęcać swoich bliskich i swoje potrzeby (np. snu i odpoczynku) bo ktoś Ci wmówił, że inaczej do niczego nie dojdziesz…

- Może to sam sobie stwarzasz ciągle kołowrotek i wrażenie ciągłego biegu, bo wtedy twój program jest spełniony (nie koniecznie to jesteś Ty)…

- A może to jeszcze jedna rzecz, która wcześniej mi uciekła: spojrzenie zupełnie z drugiego biegunu. Czyli to, że czujesz ciągle, że jesteś "ten gorszy", że "nic Ci nie wychodzi", "do niczego się nie nadajesz" i efekt tego jest taki, że wchodzisz w rolę "podnóżka wewnętrznego" w każdej sytuacji. Na zewnątrz uśmiech i tyranie do utraty tchu często, a na pewno pełnego wyczerpania (tylko po to by dostać choć maleńki "głask", bo mieć namiastkę podziwu i poważania) a w środku ciągła pretensja do siebie, że nie jesteś "dość jakiś". I wtedy gonisz ciągle, w tym przypadku: by za wszelką cenę dobić do osiągnięć innych, zapominając o szacunku do siebie, o swoim cennym wielkim potencjale, o swojej radości rozwoju swoich predyspozycji.

Tylko czy tymi drogami na pewno osiągniesz to co chcesz? Czy cena za to, co poświęciłeś, nie przewyższy końcowego efektu?  Czy kiedykolwiek odzyskasz potem stracony czas chociażby dorastania swoich dzieci, czy poświęconą dla „rozwoju” miłość?


A może warto spojrzeć na to z innej strony???

- Moją intencją jest, by moje wzrastanie było dla mnie radością.
- Moją intencją jest równowaga wewnętrzna.
- Moją intencją jest życie z wdzięcznością za to, co dostaję od życia.
- Moją intencją jest to, by cieszyć się każdą chwilą i wszystkim co mam.
- Moją intencją jest wzrost w miłości, szczęściu i zadowoleniu.
- Moją intencją jest to, że rozwój przychodzi mi lekko i przyjemnie

Czy to nie jest wtedy wzrost i rozwój?
JEST!!!

I o wiele przyjemniejszy według mnie niż ciągły ból…

Chyba, że Twoje wnętrze potrzebuje doświadczać ciągle cierpienia i dyskomfortów we wszystkim.

Zadaj sobie wtedy pytanie, czy to jest potrzeba Twojej duszy, czy to jest wdrukowany w Ciebie program, który miast cię rozwijać, ciągle ci dokopuje…

Może zdarzyło się tak, że przez tą drogę w ciągłym cierpieniu, nieświadomie dokopałeś innym tak, że ich żal do Ciebie odbija się w twojej rzeczywistości?
Może chęć bycia lepszym od wszystkich przysłania Ci całą resztę?
Może twój ciągły bieg, jest tak naprawdę tylko gonieniem króliczka, którego nigdy nie dogonisz, póki nie nauczysz się doceniać i szanować samego siebie i tego co masz…

Życzę Ci tego, byś rósł kwitnąc, a nie więdnąc ze zmęczenia i straty ważnych rzeczy po drodze.

Rozwój boleć NIE MUSI, ale jak dasz sobie taką intencję, to bolał BĘDZIE. Pamiętaj o tym...

Wsłuchaj się w siebie, naucz się czuć z serca, a właściwa droga wzrastania dla Ciebie na pewno się pokaże…



czwartek, 16 stycznia 2020

Zostają Ci ziemniaki z obiadu? Bądź czujny…





Jak to pewnego dnia doświadczyłam obfitości…


Moment, kiedy zostaje Ci ziemniaków z obiadu, a małżonek przed wyjściem do pracy kreatywnie znajduje przepis na domowe tortille…

Ty… nie wiedząc za bardzo na co się piszesz, bo przepis widzisz po raz pierwszy, ochoczo podejmujesz wyzwanie, bo właściwie stolnicę masz przygotowaną…

Efekt:
- Co zabierasz się za wyrabianie ciasta, dostajesz wiadomość, z puli: te ważne, odpisz już 😊
- Jak w końcu udaje ci się wyrobienie ciasta, to twój synek pada ze zmęczenia i idziesz go uśpić.
- Wracasz, a tu ciasto nie wiedzieć czemu wyrosło jak głupie w momencie usypiania synka tak, że ręce załamałaś ile go się zrobiło przez kilkanaście minut…
- Zaczynasz wałkować… sypiesz mąką bo dziadyga się jeszcze złośliwie do wałka przyczepia, a tu patelnie już rozgrzane…
- Zabierasz się za wypiekanie i wałkowanie równocześnie, obficie podsypując ciasto mąką, bo złośliwie znów się przyczepia do wałka a tu jeszcze przewracanie wypieków między czasie…
- Nagle orientujesz się, że masz kuchnie pełną dymu, bo patelnie nie wytrzymały tej ilości jednak… Więc biegniesz w między czasie otwierać okna i drzwi wejściowe żeby się nie udusić. Przy okazji uświadamiasz sobie, że to akurat w końcu dobrze, że wejście jest niedaleko kuchni…
- W efekcie masz górę tortilli i blachę bułek w piekarniku bo już nie możesz więcej patrzeć na wałek i ciągle rosnące ciasto…
- Odwracasz się z radością w duszy, że opanowałaś ten niekontrolowany wzrost i nagle zauważasz, że na tobie i  w kuchni biało, nie ma miejsca bez mąki, która jakoś między czasie się złośliwie wszędzie rozniosła…
-  Na koniec uświadamiasz sobie, że niedawno pokochałaś biały kolor i marzyłaś o kuchni w bieli… To masz 😊

Jak to czasem na marzenia trzeba uważać.

Na koniec, idziesz do pokoju, gdzie twój synek bawił się zanim poszedł spać i orientujesz się, że i tam masz zapewnioną pełną obfitość rozrywki przy sprzątaniu na koniec wieczoru.

Morał:
Przed ochoczym testowaniem nowych przepisów zorientuj się:
-  co oznacza szybko rosnące ciasto
- ile ciasta może dorosnąć z podanych proporcji, zwłaszcza jak masz śpiące dziecko między czasie…
- właściwie dobieraj słowa, jak marzysz, bo biel może do ciebie przyjść nagle w zupełnie niekontrolowany sposób…


Bo inaczej obfitość w pełnym wydaniu:
-  góra tortilli,
- blachę bułek przy okazji (ciekawe jakich w smaku zresztą)
-  popołudnie przy garach
- ukochany biały kolor dosłownie WSZĘDZIE
-  i wieczór na szmacie żeby opanować pole bitwy 😊

Wspaniałości dla tak zapalonych, początkujących kucharek jak ja i ich kreatywnych małżonków  😊

Ps.
Pobojowiska w pełnej krasie bieli w kuchni lepiej byście jednak nie oglądali hahaha

piątek, 10 stycznia 2020

Czucie, wiara, mędrca szkiełko i oko…



„Czucie i wiara silniej mówi do mnie. Niż mędrca szkiełko i oko.”
Adam Mickiewicz

Dziś na live Laury Żurawskiej uświadomiłam sobie, że to już dobrych parę lat minęło od czasu jak po raz pierwszy zaczęłam doceniać siebie i odkrywać swój potencjał.
Wtedy, kilka lat temu miałam przyjemność po raz pierwszy wysłuchać wykładu Laury.

Uderzyło mnie wtedy to, co tam usłyszałam…
Zdałam sobie właśnie sprawę, że dopiero niedawno zrozumiałam, co wtedy zakodował mój mózg….

To co pamiętam do dziś z tamtej konferencji, to Laura – mega silna kobieta z małym dzieckiem przy boku, która mimo wielu przeszkód brnie do przodu.

Zastanawiałam się wtedy jak ona sobie z tym wszystkim radzi. Bo ja wtedy nie bardzo wiedziałam, w którym kierunku mam pójść…
Jedyne, co było dla mnie wtedy pewne, o to, że nie chcę tego jak jest, ale nie miałam pojęcia co chcę i od czego mam zacząć…

Byłam pod wrażeniem Laury i małego wówczas Guzika, który negocjował z ciociami maskotki na konferencji i prowadził z mamą wystąpienie na scenie😊

Ten obraz mam w sobie do dziś.

Tamtego dnia usłyszałam:
„Nie jest ważne co mówi mózg, ważne jest to, co masz w sercu. Wiele razy tego doświadczyłam, że mózg  podpowiadał: nic się już nie da, a serce mówiło – spróbuj. Jakby nie serce, nie byłabym w tym miejscu gdzie jestem.”

Wtedy po tej konferencji połknęłam wręcz książkę Laury w jedną noc i zaczęłam zastanawiać się nad sobą…. Pomyślałam, jak ona mogła, to czemu nie ja…

I się zaczęło…
Najpierw uświadomienie sobie tego, czego więcej nie chcę, potem szukanie drogi, a potem wywrócenie wszystkiego do góry nogami…
I wtedy, jak wszystko gruchnęło jak domek z kart, przepracowałam moc żalu, strachu, niepewności, musiałam się odnaleźć na nowo, zaczęła  się dopiero klarować właściwa droga…

Dziś moja świadomość siebie jest już w zupełnie innym miejscu.
Dziś właśnie czucie i serce jest moim głównym drogowskazem, a nie „mędrca szkiełko i oko”.
Dziś sama jeżdżę na spotkania i szkolenia z moim małym synkiem.
Dziś wzrastam, a posiadanie rodziny pokazało mi drugą stronę medalu i właściwy środek ciężkości.
Dziś doceniam wsparcie, zasłyszane kiedyś zdania, które wiele u mnie zmieniły.
Dziś nauczyłam się być wdzięczna i doceniać to co mam i co osiągam.
Dziś nauczyłam się doceniać drogę samą w sobie.
Dziś doceniam i szanuję lekcje, które do mnie przychodzą i uczę się wyciągać z nich wnioski.
Dziś wiem, że czasem pewne rzeczy trzeba najpierw przepracować w sobie, żeby przestały się manifestować u innych.
Dziś odkryłam i przepracowałam już wiele moich  blokad i ograniczeń.
Dziś odkrywam i poznaję siebie nadal.
Dziś wiem, że szacunek i miłość do siebie samego, to podstawa.
Dziś wiem, że będąc matką można wzrastać w równowadze ze sobą, rodziną i otoczeniem. Do tego docenia się wtedy więcej i patrzy się na wiele spraw inaczej.
Dziś wiem, że chcę wzrastać dalej i realizować w końcu własne cele, a nie, jak przez wiele lat wcześniej, tylko cele i oczekiwania innych…

Taki to był duchowych zmian początek i tak zaczęła się droga, która trwa do dziś i staje się coraz bardziej pasjonująca…