sobota, 7 stycznia 2017

Wrażliwiej znaczy ciekawiej…

fot. Ewa Kawalec

„Jestem strasznym nadwrażliwcem. Bycie nadwrażliwcem to chodzenie po cienkiej linie: jest euforia, czyli nagła radość z drobiazgów albo depresja, czyli załamanie i upadek. Niektóre rzeczy widzę trzy razy mocniej niż inni. Tak jak zauważam różne piękne sprawy, tak widzę syf, którego ludzie nie zauważają. Wrażliwość, która daje mi masę możliwości, musi ze mnie wyjść. Jak zaczynam ją w sobie kumulować, to jest źle.”

Agnieszka Chylińska


            Jak to jest z tą wrażliwością? Są ludzie co czują bardziej? Czy to przekleństwo, czy wielki dar?
Pewnie zależy od sytuacji, a może od naszych wewnętrznych pragnień, marzeń i sposobu postrzegania…
Tak, czucie bardziej u wrażliwców pojawia się w każdej sytuacji. Wyczuwa się dobrą energię, drugiego człowieka, ale również rzeczy trudne przychodzą z wielką siłą.
Czy łatwo czuć emocje innych? Czy każdy tak ma? Nie wiem czy każdy, ale są osoby, które widząc stan, słysząc wypowiadane przez drugiego słowa, wiedzą, co dzieje się we wnętrzu. Powiedziałabym to fizyczny stan odczuwania innej rzeczywistości niż własne postrzeganie. Zobaczyć życie oczyma drugiego człowieka… Tak, to właśnie to… Chcesz być z innymi bardziej, spróbuj poczuć ich emocje na sobie, spróbuj założyć czyjeś buty i pójść tą drogą… Jeśli nie potrafisz tego zrobić, nie licz na cud zrozumienia. Nie licz na to, że nawiążesz tą nić porozumienia w odczuwaniu.
Każdy z nas ma swoją perspektywę bytu, swoje wewnętrzna postrzeganie, bagaż doświadczeń, który każe kwalifikować rzeczy do odpowiednich szufladek. Czy działamy zawsze słusznie? Pewnie nie… Czy da się to zweryfikować? Tak, da się, ale obawiam się, że jednak do tego potrzeba drugiej osoby. Drugiej, która popatrzy z boku na nasze jestestwo. Która na zimno skalkuluje i pomoże nazwać pewne rzeczy po imieniu. Tak, czasem wystarczy nazwać. Tylko wtedy, gdy po prostu nazwiesz to co czujesz, gdy pozwolisz sobie na bycie sobą, możesz odkrywać siebie na nowo. Czasem nie jest to jednak proste. Osoba wrażliwa to ta, która postrzega innych, ale postrzega też swoje emocje z wielką siłą. Kocha na zabój, cierpi mocno, przeżywa i analizuje cały otaczający świat i swoje wnętrze. Jest to jednak ryzyko. Jak miłość i szczęście dodaje skrzydeł, pokazuje magię świata, pozwala żyć pełną parą, tak cierpienie, samotność i ból potrafi zabić. Czy jest na to jakiś przepis, by nie zatracić się w swoich własnych emocjach? W swoim lęku, bólu straty, niespełnionej miłości? Jak poradzić sobie z dławiącym, fizycznym bólem, rozdzierającym serce i palącym w środku jak żywy ogień? Czy jesteśmy w stanie to na tyle wytłumić, by dać radę dalej funkcjonować? Czy mamy na tyle mocy w sobie, by poradzić sobie z tymi pokładami czucia? Tak kochani… mamy. Tylko często nie dostrzegamy najprostszych rozwiązań. Najciemniej pod latarnią, powiadają. I słusznie. Tak często bywa. By okiełznać emocje trzeba samodyscypliny i wiedzy. Wiedzy dotyczącej naszej własnej podświadomości i tego, jak nasze własne myślenie kreuje naszą rzeczywistość. 
„Przestań dźwigać to, czego już nie potrzebujesz. W kieszeni, w myślach, w sercu…” 

„Niewyrażone emocje nigdy nie umierają. Zostają zakopane żywcem, aby powrócić później w znacznie gorszej postaci.” (Sigmund Freud)

Właśnie, to jest to. Nie warto chować uczuć, nie watro tłumić, nie warto walczyć po cichu, w ciemności i samotności. A do tego udawać, ubierać maskę i wszystkim pokazywać, że wszystko jest w porządku. Można oberwać rykoszetem. Nasze wnętrze ma swoją wytrzymałość. Póki nie nauczysz się wyrażać emocji i uczuć, póki nie nauczysz się mówić o tym co czujesz, trudno Ci będzie nawiązać nić porozumienia z samym sobą. Wiem, przyznanie się do uczyć proste nie jest. Zwłaszcza wtedy, gdy nie masz pewności, czy wtedy zapanujesz nad nową rzeczywistością. Nad tym nowym, co może się wydarzyć. Otwartość pokazuje drogę. Nie zawsze jednak jest ona dla nas łatwa na dany moment. Łatwiej jest zatracać się w samym sobie, niż szukać rozwiązań. Łatwiej jest oskarżać otoczenie, los, życie, innych, który jakoś wpłynęli na nasze złe samopoczucie. Trudniej wypracować w sobie siłę do walki i do poszukiwania nowych rozwiązań. Łatwiej jest dzielić włos na dwoje niż opracować plan działania i postawić sobie cele. Czemu? Bo wtedy, gdy stawiasz jasny cel i planujesz działanie wiesz, że musisz ruszyć z miejsca. Ruszyć w nieznane Ci dotąd zdarzenia, odczucia, inne życie. Inne, bo inaczej odczuwane. Nie zawsze jesteśmy w stanie na dany moment zmienić naszą rzeczywistość, to co nas otacza. Ale zawsze możemy robić wszystko by nauczyć się cieszyć tym, co mamy. By w każdej roślinie, rzeczy, człowieku, dojrzeć coś, co motywuje. Dojrzeć to, co może było trudne, ale dało lekcję. Wszystko dzieje się po coś… Szczęście i miłość daje chęć istnienia, ból i cierpienie stają się motorem do działania i wyciągania wniosków. Nigdy nie pozwól jednak na to, by zatrzymać się w bezradności i bezczuciu.

„Oddano mnie ulicom Nowego Jorku. Przywrócono do głównego nurtu życia. Zrobiłem kilka kroków kiedy coś się wydarzyło. To nie poczucie winy mnie zmroziło, nauczyłem się go nie odczuwać. Nie był to też strach przed śmiercią. Nauczyłem się o niej myśleć jak o przyjaciółce. To nie myśl o byciu niekochanym mnie zmroziła. Nauczyłem się żyć bez miłości. Zmroził mnie fakt, że nie miałem najmniejszego powodu by pójść w jakimś kierunku.”

Kurt Vonnegut - "Matka noc"

Działaj, walcz, nie rezygnuj z samego siebie. Nie marnuj własnego potencjału. Doceń światło, które masz w sobie. Nie spychaj emocji w najciemniejszy kąt własnej podświadomości. Bądź sobą. Nie pozwól innym, by z butami wkraczali w twoją rzeczywistość i próbowali uczyć Cię „normalności” – bo wszyscy tak ponoć mają.
Każdy z nas jest jedyny, niepowtarzalny i piękny. Odnajdź to w sobie i doceń. Odczuwaj i nie bój się tego, a zobaczysz jak z czasem Twoje życie nabierze pięknych barw i wszystko o czym marzyłeś, zacznie się nagle dziać…




wtorek, 6 grudnia 2016

Dobro zawsze wraca….

fot. Ewa Kawalec

„Kiedy widzisz dob­re­go człowieka, sta­raj się go naśla­dować. Kiedy widzisz złego człowieka, zastanów się nad sa­mym sobą.”

Konfucjusz


Dziś był wspaniały dzień!!!!! Dzień przez duże „D”. Dzień jak magia przez duże „M”. Tak, dobro zawsze wraca i to ze zdwojoną siłą! Tak ważne jest to, żeby dzielić się z drugim człowiekiem. Podać mu rękę kiedy tego potrzebuje i towarzyszyć mu zarówno w bólu i w cierpieniu, jak i w szczęściu. Zawsze po burzy nadchodzi słońce… tak… Zawsze!
Dziś był dzień dobra i wspaniałości Wszechświata. I kolejny raz potwierdziło się co kilkakrotnie już pisałam: wszystko dzieje się po coś, a dobro zawsze wraca.
Nasze młode kreatywne umysły miały dziś możliwość poczuć to na własnej skórze podczas wspaniałej konferencji dobra. Tak wielu wolontariuszy na raz i to skupionych w jednym miejscu, trudno spotkać na co dzień. Ogromna motywacja do działania.
Jak ważna jest praca na rzecz drugiego człowieka poczułam na skórze już nie raz, a jednak za każdym razem jak dzieje się coś pięknego, to szleje każda komórka mojego ciała. I zawsze to jest niesamowite. „Jak czegoś bardzo chcesz, to wcześniej czy później to nadchodzi”. Czasem w takiej postaci, jak sobie to wyobrażasz, a czasami w innej. Często z pozoru wyglądającej na nie do końca dobrą dla ciebie. Po czym nagle okazuje się, że to co się wydarzyło jest po stokroć lepsze, niż to wcześniej zakładałeś i o czym twoje wszystkie zmysły nawet nie marzyły. Życie potrafi pisać zarówno piękne jaki i sromotnie trudne scenariusze. Ale gdy nadchodzi dzień, gdy przez twoje działanie udaje ci się wywołać piękny uśmiech, drżący głos i łzy wzruszenia, to już jest to bezcenne i żadne pieniądze nie są tego w stanie wyrównać.
Dobro zawsze wraca. Wiem co mówię.
Moja przygoda z drugim człowiekiem zaczęła się od wolontariatu. Tak to czasem jest, że pomaganie innym wypija się z mlekiem matki. Nic w przyrodzie nie ginie! Wolontariat, niby takie nic… niby coś na przetrwanie, a okazuje się, że daje wielką moc. Przede wszystkim można wtedy poznać wielkość ludzkich zmagań. I to do bólu. Pomagasz innym, a równocześnie sam dostajesz siłę. Jak patrzysz, jak inni wychodzą z głębokich dołów swojego życia to i w tobie budzi się niesamowita chęć do walki. Możesz wtedy góry przenosić i wcale nie czujesz zmęczenia. Ale czy zawsze zauważamy człowieka w człowieku? Częściej widzimy dobro, czy zło? A może widzimy to, co tylko sami chcemy widzieć, nie zaglądając na drugie dno? Czemu nie szukamy drugiego dna? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego łatwiej przychodzi mam ocenianie, niż realne pomaganie, niż próba pochodzenia w czyichś butach, nić podanie ręki potrzebującemu? Bo łatwiej ocenić i zaszufladkować? Bo łatwiej nie widzieć, niż pochylić się nad potrzebującym? Bo…???
Drugie dno, no właśnie… Im więcej spotykam różnych ludzi, tym częściej dochodzę do tego, że jak człowiek zachowuje się jakoś inaczej, niż zakładamy, że powinien, zawsze to drugie dno jest. I dopiero to drugie, jest tak naprawdę prawdziwe. Ale często latami skrywane. Chowane głęboko ze strachu, by ktoś kolejny raz nie wyrządził krzywdy. Maska, masek. Gruba powłoka chowająca prawdziwe emocje…
Ale czy wiesz ile radości sprawia to, jak podajesz rękę, wysyłasz dobre słowo, słuchasz i ktoś wstaje z kolan, odrzuca skorupy, zrzuca pęta z rąk i nóg, zaczyna żyć na nowo? Wstaje, choć wiele lat wierzył, że nic w jego życiu nie może się zmienić. I nagle odzyskuje wiarę w sens życia, w swój własny potencjał i walczy!!! Tak, walczy z całych sił, bo w końcu uwierzył, że ma siłę. Czasami tak niewiele trzeba… Człowiek sam nie wie, ile potrafi znieść, a żaden uśmiech nie jest tak piękny, jak uśmiech człowieka, który sam wiele wycierpiał. Jak często nie zdajemy sobie sprawy z tego, ilu wokół nas jest pięknych ludzi. Pięknych choć poukrywanych pod grubymi płaszczami zmartwień, cierpienia i strachu. Jak często oceniamy książkę po okładce, nie starając się przeczytać choć parę stronic tej książki. A tak często są to trudne powieści pisane potem i krwią. Nikt z nas nie lubi trudnego, prawda? Ale ile razy zastanawiałeś się nad tym, co właśnie daje ci siłę do walki o lepsze jutro? Czy to, że ciągle masz poukładane życie i wszystko przychodzi ci bez trudu? Czy właśnie to „trudno”. To cierpienie, które przez pewien czas paraliżuje, a potem staje się początkiem czegoś nadzwyczajnego i pięknego do bólu. Każdy człowiek ma ogromny potencjał, dosłownie każdy. Tylko nie każdy potrafi to piękno i siłę w sobie odnaleźć. Czasem potrzeba drugiego człowieka, pomocnej dłoni, by wstać. A jak pierwszy raz wstaniesz i zobaczysz, że się da, to nawet jak upadniesz po raz kolejny, to już wiesz co zrobić, by szybciej się podnieść i za długo na tej zimnej, często skutej lodem glebie, nie leżeć.
Da się! Wszystko się da, jak tylko zobaczysz światełko w tunelu. Jak w końcu poniesiesz głowię, zwrócisz się w stronę światła… I tu zacytuję słowa Briana Tracy „Jak zwracasz się w stronę słońca, to cień pada za tobą”. Tak, za tobą i nie przysłania ci już dobrej drogi. Przytoczę dziś jeszcze słowa pięknej kobiety „Teraz już wiem, że zła nie wolno ukrywać, bo jak to robisz, to zło staje się coraz większe i większe i człowiek już nie daje rady sobie z nim poradzić.”
Tak, piękne słowa. Niejeden myśliciel długo się zastanawia, by taką piękną myśl znaleźć. Ale czasem życie staje się takim nauczycielem, który uczy pokory do wszystkiego. Daje potencjał, siłę i cierpienie, po to, żeby kiedyś móc stać się lepszą wersją samego siebie. Wszystko dzieje się po coś…

Dzielmy się pięknem z ludźmi wokół. Twórzmy kryształy ich wody pięknymi. Uczmy tej umiejętności naszych młodych, nie oceniajmy, lecz pochylajmy się nad potrzebującymi.. a kiedyś ten świat będzie piękniejszy…


niedziela, 27 listopada 2016

Niesamowite życia przypadki

fot. Ewa Kawalec


„Doktorzy, którzy zajmują się chorymi, powinni koniecznie zrozumieć, czym jest człowiek, czym jest życie i czym jest zdrowie, i w jaki sposób równowaga i harmonia tych elementów je podtrzymuje.”

Leonardo da Vinci


Jak to woda koralowa zmieniła moje życie….

Tak właśnie woda! 


Żyjąc tyle lat na tym świecie nie miałam pojęcia, jaką krzywdę sama sobie wyrządzałam. Póki człowiek miał naście i dzieścia lat nie zdawał sobie sprawy, co będzie za kilka lat. A wszystko co sami sobie aplikujemy za jakiś czas do nas wraca. Tak to jest na tym świecie, że nic w przyrodzie nie ginie. Co najwyżej zmienia swoje miejsce. Takie wydawać by się mogło proste, a zarazem tak wiele zależy od naszej świadomości. 

Więc do rzeczy… Od kiedy pamiętam, mierzyłam się z mniejszymi lub większymi wariacjami mojego organizmu. Przed laty nie przywiązywałam do tego jakiegoś większej wagi. Z wszystkiego powili jakoś się wyplątywałam. Ale nie było tak wiecznie. Z czasem zaczynały się coraz to nowe wariacje. I już nie przechodziły tak, jak wcześniej. Zdróweczko sypało się z dnia na dzień. Energia znikała jak szalona. Każdy kolejny dzień stawał się mniejszym lub większym udręczeniem. Ranna pobudka to była jakaś masakra. Wstawałam gorsza, niż się kładłam. Z czasem stawało się to nie do wytrzymania. Moje zdrowie sypało się jak przysłowiowy domek z kart. Jedna choroba goniła drugą. Nie mówiąc już o tym, że wszystko dziedziczyłam po przodkach tylko z wieloletnim, w stosunku do nich, wyprzedzeniem. W końcu dowiedziałam się od lekarzy, że to, co we mnie siedzi, to tykająca bomba i wcześniej czy później zaatakuje we mnie wszystko. Krótko mówiąc, miałam czekać na powolne umieranie z radością, że jeszcze szybko nie nadchodzi. Obłęd w ciapkach. Sama tego świadomość podcinała moje skrzydła na każdej linii, niszcząc całą nadzieję na lepsze jutro. Resztkami sił walczyłam o lepsze jutro „na jakiś czas”. To były paskudne lata. Jak zapewne się domyślacie, człowiek wówczas traci wszelka nadzieję na cokolwiek. I tak działo się i u mnie. Całe dnie, to było życie na przetrwanie. Oddawanie resztek sił po to, żeby kiedyś było mnie stać na leki na przedłużenie życia. Ciekawa perspektywa, jednak nikomu nie polecam przeżywać tego na własnej skórze. Ale jak to już wielokrotnie pisałam, nic nie dzieje się bez przyczyny. Człowiek, który tonie, brzytwy się nawet chwyta. Więc zaczęłam szperać, szukać, czytać. I pewnego dnia stało się. Jak już wiecie, z poprzednich mych wpisów zaczęłam zgłębiać tajniki „magicznych specyfików dla zdrowotności” oraz tajemnice funkcjonowania własnego ciała. Po prostu zaczęłam się uczyć więcej niż zwykle, poruszając wiele różnych dziedzin. Od rozwoju osobistego poczynając, przez zasady funkcjonowania podświadomości, nie pomijając nauki języka obcego, na zdrowiu kończąc. Więc, jak stara myśl głosi – kto szuka ten znajdzie, tak i u mnie się stało. Szukałam, a rozwiązanie, o dziwo, samo mnie znalazło. Pozostawiło na mojej drodze człowieka, który pomógł i mnie. I znów przyszła mi do głowy myśl „co wysyłasz, to do ciebie wraca”. Pod różną postacią i w momencie, którego się nie spodziewasz, ale wraca. I ostatnio doświadczam tego na co dzień. Moje życie staje się coraz bardziej magiczne i nieprzewidywalne. „Life is a mystery”, jak to śpiewa Madonna. Jej piosenka „Like a Prayer” stała się ostatnio moim hymnem. Hi hi, nie mówiąc już o tym, że w końcu ją rozumiem… Co też jest wielką magią dla mnie, zważając na to, że do niedawna każdy obcy język był dla mnie nieosiągalny. A to dlaczego, że totalnie głupio założyłam sobie, że na pewno nie mam daru do nauki języków. Okazało się to kompletną nieprawdą. Każdy może, jak tylko chce i uświadomi sobie swój własny potencjał. Ale to tylko taka mała dygresja. O tym pewnie też niedługo napiszę. 

Więc wracając do zdrowia mego. Ten wspaniały człowiek, a właściwe kobieta, otworzyła mi oczy na mój własny organizm. I tak poznałam się z wodą koralową. I to było spotkanie nie do opisania. Zaprzyjaźniłyśmy się z wodą tak bardzo, że teraz bez siebie żyć nie możemy. 

Zastanawiacie się pewnie, co takiego mam na myśli. Już staram się odpowiedzieć. Więc…

Jak już wspominałam moja dobra dusza, z którą nie wiedziałam się od wielu lat odezwała się do mnie pewnego dnia. I jak się później okazało, ściągałyśmy się myślami od jakiegoś czasu. Nie wiem czemu, ale bardzo często przydarzają mi się podobne sytuacje. Jakimś cudem wszechświat stawia na mojej drodze wspaniałych ludzi. 

Ta wspaniała duszyczka zaprosiła mnie na szkolenie. Szkolenie o zdrowiu, na które poszłam z dziką przyjemnością. I tam na miejscu doznałam szoku. Mówili o wariacjach zdrowotnych ludzi. Jedyne co mi wtedy przyszło do głowy, to „o matko, oni mówią o mnie!!!” Jestem książkowym przykładem jak można na własne życzenie samemu się zajechać, dosłownie i w przenośni. Byłam już wówczas na takim poziomie, że wiedziałam o czym oni wszyscy mówią. Dużo szperałam, poszukując informacji na podobne tematy. Na szkoleniu wszystko zaczęło mi się jednak układać w jedną całość. Postanowiłam spróbować i ja zmienić swoje życie na lepszy model. Byłam już na takim zakręcie, że nic nie traciłam. Pozostało tylko spróbować. I tak nic innego nie działało, więc nie miałam już nic do stracenia. Więc na początek poznałam się z żywą wodą. I to poznanie okazało się strzałem w dziesiątkę, początkiem pięknej przyjaźni. Zaczęłyśmy z ową wodą pomagać sobie wzajemnie. Ona mnie, a ja jej. Ona chce płynąć do ludzi, więc dzielę się tym z wami. A ja dzięki jej cudownym właściwościom zaczęłam w końcu stawać na nogi. Zaczęłam mieć po raz pierwszy od wielu lat energię do życia i siłę do pracy. To okazało się piękne, gdy cały stres związany z czekaniem na powolne umieranie odszedł do lamusa. Zaczęłam normalnie sypiać. Bez potwornych koszmarów. Okazało się, że można normalnie spać w nocy i wstawać wyspanym. Przestały mnie boleć stawy i mięśnie, co dokuczało mi okropnie, utrudniając moje życie na każdym kroku. Nieraz bywało tak, że wejście po schodach było dla mnie nie lada wyzwaniem. Kolejna rzecz, która się wydarzyła, to było totalne wyciszenie. W moim życiu nie brakuje różnych trudnych sytuacji. Co zrobiła woda? Wyciszyła moje emocje. Teraz w trudnej sytuacji nie działam nerwami, tylko umysłem. Nie znaczy to, że pozbyłam się emocji, one są, tylko przyjaźniej nastawione do mnie. Po kilku tygodniach zauważyłam, że moje nadciśnienie zaczyna się normować. Przestały mi wypadać włosy, które wcześniej gubiłam garściami. Przestały się rozdwajać paznokcie. Mało tego, zaczynają być coraz mocniejsze. Kolejną rzeczą, która się wydarzyła, to to, że zaczęły mi się goić nie kończące się wysypki, z którymi żaden lekarz od kilku miesięcy nie umiał sobie poradzić. Jedne znikały, a na to miejsce pojawiały nie się kolejne i kolejne. Teraz wszystko zaczyna się pięknie goić. Co jest dla mnie nie lada przyjemnością. No i wisienka na torcie – poprawiła się cera. Z ziemistej i przemęczonej, na jasną i przyjemną w dotyku. I jeszcze jedno WOW! Zaczęłam w końcu tracić na wadze, z czym walczyłam od wielu miesięcy, katując się morderczymi treningami, które nie dawały nic. Tyłam i tyłam, coraz mniej jedząc i coraz więcej ćwicząc. Jedyne co się działo wówczas, to było totalne osłabienie i coraz większa waga. 
Jak się okazało, miałam tak zakwaszony organizm, że nie radził sobie dosłownie z niczym. A przez tłuszcz próbował związać toksyny, które nie umiał wyrzucić. Efektem była coraz obszerniejsza tkanka tłuszczowa i zawirowania układu hormonalnego. I kolejny raz żywa woda przyszła z pomocą. Jak zaczęła wyprowadzać toksyny to i waga zaczęła spadać, i hormony przestały w końcu świrować. 
Teraz mam energię do życia i realizowania swoich pasji. Już wiem, co muszę zrobić, żeby w końcu sprowadzić mój organizm do normalnego funkcjonowania. Już wiem, co zrobić, żeby pokonać choróbska. Już wiem, jak zadbać o samą siebie. Jeszcze długa droga przede mną, bo jeśli ktoś zaniedbywał się przez lata to i czasu trzeba, by to wszystko odkręcić. Ale już teraz wiem dokąd zmierzam. 

W końcu zaczynam być sobą na nowo! I to jest piękne! Życie, to jednak jedna wielka zagadka…



poniedziałek, 31 października 2016

Cukier. Czy naprawdę słodzi nasze życie?

fot. Ewa Kawalec




„Przez zdrowie rozumiem możność istnienia pełnym, dojrzałym, żywym, radosnym życiem, w ścisłym związku z tym, co kocham – ziemią i wszystkimi jej cudownościami”


Katharine Mansfield








Pierwszy post z serii – Czy naprawdę wiesz, co w siebie wrzucasz?

Jak pisałam wcześniej jakość naszego życia w dużej mierze zależy od tego, co wrzucamy w sobie. Czy aby na pewno? Zadajesz sobie to pytanie?
Jak często czułeś się lepiej po zjedzeniu czekoladki? Czy było tak, że z niewyjaśnionych bliżej powodów ciągnęło cię do czegoś słodkiego? Ile razy słyszałeś? – Zjedz coś słodkiego. To poprawi ci humor. Chandra? Jaka chandra, zjem tabliczkę czekolady i przejdzie. Tylko czy przechodziło? Czy może za jakiś czas potrzebowałeś kolejnego cukierka, kolejne ciasteczko, kolejnego wafeleczka? To przecież nic takiego, powiesz. Słodycze są dla ludzi. To tylko raz na jakiś czas… no tak, ale…
Co takiego się dzieje, że potrzebujemy słodyczy? Czy to nie jakiś zastępczy środek do uzyskania lepszego samopoczucia, choćby na chwilkę? Po coś nasz organizm do tego ciągnie. Widocznie tego potrzebujemy, powiesz. No tak, ale co z tego poczucia jest prawdziwe, a co powoduje, że wpływa to na nas destrukcyjnie?
Destrukcyjnie? Zapytasz. Przecież mi nic nie jest. Funkcjonuję normalnie. Tyle stresu wokół, że co w tym złego, że czasem pozwolę sobie na małe co nieco?
Tak, masz rację, odpowiem ci. Od czasu do czasu małe co nieco jeszcze nikogo nie zabiło. Ale czy zdajesz sobie sprawę, ile cukru zjadasz codziennie, nawet o tym nie wiedząc?
I nie mówię tu o ciasteczkach, ciastach, cukiereczkach i wielu innych tego typu frykasach. Mówię o cukrze ukrytym. Tak, ukrytym. Takim, o którym nikt nie mówi. A nikt nie mówi, bo ten „cichy” zabójca jest teraz wszędzie. I to w takich ilościach, że nasz organizm sobie zupełnie z nim nie radzi. Zastanawiałeś się kiedyś, skąd w dzisiejszych czasach tyle chorób cywilizacyjnych? Skąd epidemia cukrzyc, chorób tarczycy, nowotworów, nadciśnienia? Co nas do tego doprowadza? Chemia, powiesz. Tak, trochę racji w tym jest. Ale sama chemia jeszcze wojny nie czyni. Wszystko co pochłaniamy w pojedynkę prawdopodobnie nas nie zabije. Ale te wszystkie paskudztwa, które zjadamy, niestety wchłaniają się w stadzie. I to niestety obojętne już nie jest…

Więc dziś słów kilka o tym, jak taki cukier wpływa na nasze życie.

Tak dla porównania: jedna łyżeczka cukru to około 4 g. Sprawdźmy, ile więc tego cudownego specyfiku zjadamy z naszym pożywieniem.

Poniżej przedstawiam wam kilka etykiet, z produktów, które spożywany na co dzień. Zauważcie, że wszędzie podana jest zawartość składników w 100 g. A jak często zjadamy więcej niż 100 g jednorazowo.

Etykieta musli

Etykieta mleka

Etykieta jogurtu naturalnego 

Etykieta groszku ptysiowego

Etykieta makaronu


Etykieta jarzynki

Etykieta serka

Etykieta jogurtu smakowego

Etykieta gotowego sosu do spaghetti



Policzmy więc:
- 100 ml mleka (czyli niecałe pół szklanki) – 4,8 g, co daje 1,2 łyżeczki cukru
- 100 g jogurtu naturalnego (3/4 małego jogurtu) – 5,3 g, co daje 1,33 łyżeczki cukru
- 100 g groszku ptysiowego – 39 g, co daje 9,75 łyżeczki cukru
- 100 g makaronu – 74 g, co daje 18,5 łyżeczek cukru
- 100 g przyprawy z serii jarzynka – 16 g, co daje 4 łyżeczki cukru
- 100 g serka homogenizowanego – 13,9 g, co daje 3,48 łyżeczki cukru
- 100 g jogurtu smakowego – 13,8 g, co daje 3,45 łyżeczki cukru
- 100 g gotowego sosu do spaghetti – 18,6 g, co daje 4,65 łyżeczki cukru
- 100 g wafelka w polewie czekoladowej – 58,5 g, co daje 14,63 łyżeczki cukru
- 100 g musli – 66,2 g, co daje 16,55 łyżeczek cukru

Przy czym pamiętajmy, że cukier to nie tylko cukry złożone ale i proste. Jednak, gdy mamy ich w nadmiarze, organizm nie daje rady ich przetwarzać, niezależnie od ich złożoności.

Więc, załóżmy, że:
- na śniadanie wypiliśmy kakao i zjedliśmy mały jogurt owocowy – mamy 6 łyżeczek cukru
- na drugie śniadanie zjedliśmy mały jogurt naturalny – mamy około 2 łyżeczek cukru
- na obiad – 100 g makaronu, z gotowym sosem do spaghetti – mamy około 23,15 łyżeczek cukru
- na podwieczorek – wafelek czekoladowy – mamy około 7,32 łyżeczek cukru
- na kolację – musli z mlekiem – mamy około 10,78 łyżeczek cukru


Bilans dnia (bez cukrów spożywanych w napojach, owocach i warzywach): 49,25 łyżeczek cukru!!!

A tak naprawdę wiele się nie najedliśmy. Wydawałoby się w miarę „zdrowa dieta”. A jednak… Zdawaliście sobie z tego sprawę, ile cukru dziennie pochłaniacie?

Więc, co takiego cukier robi w naszym organizmie?

Jak zjadamy coś słodkiego, mamy poczucie, że poprawia nam się humor. To zasługa tego, że specyfik ten oddziałuje na nasz mózg, a dokładnie na ośrodek szczęścia w mózgu, który wydziela endorfiny. Jest to jednak działanie krótkotrwałe. Uczucie zadowolenia trwa około 45 minut. Po tym czasie potrzebujemy więcej cukru, by nadal czuć się dobrze.
Zauważcie, jak dużo ukrytego cukru jest w naszych codziennych posiłkach. Niestety, to działa na nas uzależniająco. Człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do słodkiego smaku, co powoduje, że niestety mało słodkie posiłki przestają nam smakować.

Gdy w diecie dostarczamy więc za dużo cukru, nasze organy nie radzą siebie z jego przetwarzaniem. Powoduje to otłuszczenie naszych organów wewnętrznych, z uwagi na to, że nasz organizm bardzo szybko zamienia nadmiar cukrów w tłuszcz. Często z tym nadmiarem nie radzi sobie chociażby wątroba. Gdy zjadamy w naszym pożywieniu zbyt dużo słodkich specyfików, nasz organizm dość szybko przybiera na wadze, mimo tego, że prowadzimy w miarę aktywny tryb życia. Z czasem, gdy następuje dalsze otłuszczenie organów wewnętrznych, mamy coraz mniej siły. Masz mózg wolniej pracuje, a całe ciało wchodzi w stan podwyższonych obrotów, by dać sobie radę z samym trawieniem. To zabiera bardzo dużą dawkę energii, którą potrzebujemy na codzienne funkcjonowanie. Więc co odczuwamy? Ciągłe zmęczenie, senność, rozdrażnienie, skoki nastroju, problemy z pamięcią, koncentracją uwagi (z uwagi na to, że cukier gwałtownie podnosi poziom energii, po czym następuje znów gwałtownie spadek, co prowadzi do rozchwiania układu nerwowego). Jak można się zatem dobrze czuć?

Często wówczas, gdy czujemy się źle, by sobie poprawić humor, niestety sięgamy po kolejną dawkę cukru, i koło się zamyka.

Gdy organizm bazuje na skokach cukru, powodujących problemy z metabolizmem składników odżywczych zaczynamy w konsekwencji mieć problemy ze zdrowiem. Których nie łączymy z tym, co zjadamy. No i zobaczcie. Niby w miarę zdrowy tryb życia. Niby w miarę uważamy na to, co jemy. Eliminujemy tłuszcze. Przechodzimy na coraz to nowe „super diety”, a zapominamy o tak wielkim znaczeniu nadmiaru cukru w naszych organizmach.
A potem dziwimy się, że dopadają nas coraz to nowe wariacie zdrowotne, uniemożliwiające nasze codzienny funkcjonowanie.

Co zatem robić? Zwracajmy uwagę na etykiety kupowanych produktów. Ograniczajmy cukier, gdzie tylko się da. Uważajmy na produkty „light”. One wcale, wbrew pozorom nie powodują utraty kilogramów!!!

Jesteśmy tym, co jemy. Pamiętajmy o tym. Bez energii nikt z nas nie dojdzie do upragnionego sukcesu. Zadbajmy o siebie, o swój organizm, a on odwdzięczy nam się za to bardzo szybko.


Dla wszystkich, którzy chcieliby więcej wiedzieć na temat cukru polecam film „Cały ten cukier”. (link do filmu: https://www.youtube.com/watch?v=GyvWzG_NRBM)
Naprawdę warto go obejrzeć.





piątek, 28 października 2016

O hamulcach słów kilka

fot. Ewa Kawalec

„Nie mów, że nie warto walczyć, kiedy nawet nie spróbowałeś. Lepiej mieć satysfakcję z podjęcia małego kroku, niż żałować całe życie, że nic się nie zrobiło.”

www.cytaty.pl


            Pewnie zastanawiacie się co skłoniło mnie do tego, że nagle zaczęłam pisać o zdrowiu. Niesamowite, ale dopiero niedawno tak naprawdę odkryłam, że zdrowie (a właściwie jego brak) to poważny hamulec na drodze do naszego rozwoju. Niby mamy pomysły, niby chcemy coś osiągnąć, a nagle się okazuje, że nie dajemy rady zwykłym codziennym obowiązkom, nie myśląc o tym, by dać z siebie więcej i zawalczyć o swoje marzenia…
No właśnie, i to chyba jest sedno wszystkiego…
Jak w końcu zaczęłam sam lepiej się czuć, zaczęłam się sama zastanawiać, dlaczego wcześniej nie dbałam o to, co się ze mną dzieje. Może złe słowo, nie: „nie dbałam”, ciągle szukałam, ciągle próbowałam coś zmienić, ale okazywało się , że nie tam gdzie trzeba i nie tak, jak trzeba…
Jak w końcu odkryłam, gdzie leży sedno, poczułam nieodpartą chęć podzielenia się z wami tymi odkryciami.

Okazuje się, że to jak czujemy się fizycznie szalenie mocno wpływa na to, co odczuwamy psychicznie. Tak teraz wszyscy biją na alarm: „Co czwarty człowiek ma mniejsze lub większe problemy z psychiką”, „Świat wariuje, ludzie tego nie wytrzymują”, „Za duże tempo życia, nie wytrzymujemy tej gonitwy”. No tak, to wszystko prawda. Ale niestety mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że jakość naszego życia zależy od tego, co sami sobie do organizmu wpakujemy. No właśnie, dosłownie  - wpakujemy!
Nie jest to proste, by wyłapać, co tak naprawdę robimy nie tak, zwłaszcza jeśli mamy poczucie, że wiedziemy mniej lub bardziej zdrowy tryb życia. W miarę dobrze się odżywiamy, to znaczy w naszym mniemaniu dobrze np. nie pijemy napojów gazowanych, ćwiczymy od czasu do czasu, uważamy na to co jemy. Więc gdzie leży przyczyna naszego spadku aktywności? Zagadka nie?

Do tej pory często sobie powtarzałam – codziennie ćwiczę intensywnie, biorę stado leków, jestem słaba, więc: NIE BĘDĘ SIĘ GŁODZIĆ!!!

Takie myślenie powodowało, że nie szukałam przyczyn w jedzeniu i piciu. Ale niestety stawało się tak, że mimo tego, że dawałam z siebie coraz więcej, moje siły gdzieś odlatywały. Zupełnie jak jakieś ptaszyska do ciepłych krajów. Problem był jednak w tym, że za żadne skarby, z tych ciepłych krajów wracać nie chciały.
Poczucia walenia głową w mur zaczynało mi towarzyszyć coraz częściej. Im więcej energii wkładałam w to, by coś zmienić, tym bardziej się zniechęcałam, gdy żadnych efektów tej harówy miesiącami widać nie było. Działo się wręcz przeciwnie, wszystko coraz bardziej zaczynało szaleć. „Im więcej ciebie, tym mniej, bardziej to czuję, niż wiem…” jak śpiewała Natalia Kukulska.
No i pewnego dnia stało się. Jedna myśl wywróciła do góry nogami całe moje wcześniejsze życie. Tak to czasem jest, że do najprostszych rzeczy najtrudniej dojść. Najciemniej po latarnią, jak to mówią… ech…
Jedna myśl, którą wdrożyłam w życie, po wielu innych „cudownych specyfikach” zaczęła w końcu działać. Zaczęłam nieco tracić na wadze. W końcu! Po wielu miesiącach codziennego wylewania potu. W przeciągu dwóch tygodni, zaczęło coś się zmieniać… Wydaje mi się, pomyślałam. Pewnie jakieś kolejne złudzenie. Zapewne to nerwy (gdyż życie nie oszczędza mi ostatnio przeróżnych niespodzianek), wytłumaczyłam sobie szybko. Ale moje samopoczucie zaczynało z dnia na dzień się poprawiać.
Zaczęłam zadawać sobie pytanie, co takiego się dzieje, co właściwie zaczęło mi pomagać? I jakiś szczęśliwy traf sprawił, że moja dawna przyjaciółka zaprosiła mnie na spotkanie o zdrowiu. Jakie było moje zdziwienie, jak tam nagle zaczęli mówić…. o raju… o mnie. To znaczy, ja tak się czułam, jakby o mnie mówili. Wszystkie wariacje zdrowotne, które dopadały mnie latami zaczęły w końcu mieć spójne wytłumaczenie. Zaczęłam rozumieć, dlaczego ostatnimi dniami moje samopoczucie się znacznie poprawiło (mimo tego, że trudności życiowe mnie nie opuszczały).
I dotarło do mnie jedno: mianowicie to, dlaczego do tej pory nie dostrzegałam tak prostych rozwiązań. Dlaczego nie podejmowałam do końca wyzwań, dlaczego wszystko w zakresie zdrowia robiłam połowicznie.  

Brakowało mi po prostu wiedzy. Ale wiedzy specyficznej, dotyczącej tego, co mojemu organizmowi robi to, co w niego ładuję. Wszystkie wykłady, plany treningowe, które wcześniej oglądałam, wszystkie artykuły i książki, które przewertowałam mówiły: Nie rób tego! Rób to! Mówiły o efektach w przyszłości, które dla mnie wydawały się nieosiągalne. Mówiły o tym, co działo się w przeszłości, co mogło mnie doprowadzić do tego lub tamtego. Ale po pierwsze, wszystko to, co inni próbowali twierdzić to było „na być może”, a ja miałam poczucie, że mojej przeszłości i tak zmienić nie mogę. To co się stało, to się stało, mleko się wylało. Jestem tu i teraz i zupełnie nie wiem, co mam dalej robić.
Dodatkowo, przy analizowaniu domniemanych przyczyn, nikt właściwie dokładnie nie mówił, co to wszystko nadal robi mnie. Mnie jako mnie, a nie mnie jako części jakiegoś tłumu. Ja wszyscy nie jestem!!!

No i miałam latami poczucie, że nikt nie zajmuje się moim zdrowiem tu i teraz. Gdy było źle, pojawiało niecoś w stylu gaszenia pożaru, który po jakimś czasie rozpalał się na nowo…
Nie było „lepiej zapobiegać niż leczyć”?

Ale szukałam dalej. Nie podając się, grzebałam za czymś dla siebie. Za czymś co w końcu zadziała…
No i… na pewnym, niezwykle ciekawym spotkaniu na temat zdrowia, wszystko zaczęło się nagle układać jak jakieś kawałki puzzli, w piękną, kolorową układankę.

Tak czasem niewiele trzeba by zmienić swoje życie o 180 stopni. To niesamowite. Okazało się, że wcale nie trzeba się głodzić, wszystkiego sobie odmawiać, tylko zadbać o jakość. Jakość tego, co w siebie wrzucamy, jakość wody, którą pijemy (to przede wszystkim) i jakość wypoczynku. Wszystko pięknie się ze sobą łączy.
Zdrowie zdominuje wszystko. Bez tego nie ma normalnego funkcjonowania. Szwankuje każdy aspekt naszego życia.
Człowiek jest jak stół, ma cztery nogi, które nazywają się rozmowa, rozwój, rozrywka i robota. Wszystkie te nogi potrzebują energii do tego, by istnieć. Wszystkie są jednakowo ważne. Bez jednej nogi, stół już nie da rady stabilnie stać. Gdy wątpliwej jakości są wszystkie, zaczynają się poważne kłopoty. Z takiego wybrakowanego stołu nikt nie chce korzystać. A sam stół powoli zmierza ku zagładzie.

Więc zobaczcie, jak ważne jest zdrowie… jak ważna jest jakość…

Ale o tym niebawem….



środa, 26 października 2016

Cudowne źródło życia…

fot. Ewa Kawalec


„Nic się nie dzieje przypadkowo. Zawsze jest jakaś przyczyna i konieczność.”

Platon



            Zastanawialiście się kiedyś, dzięki czemu my tak właściwie żyjemy? Co tak naprawdę jest naszym źródłem witalności i całego życia? Dlaczego tak się dzieje, że często zaniemagamy, tracimy, siły i wszelką energię? Czego tak naprawdę nam brakuje? Zastanawialiście się po prostu nad znaczeniem wody dla naszego organizmu?

Woda, wydawałoby się nic takiego. Zwykły niewiele znaczący płyn. Ale czy na pewno? Co się z nami dzieje, gdy tej wody brakuje? Co wyprawia nasz organizm, gdy jej zabraknie?
Po co nam właściwie woda, zapytacie. Wprawdzie mówią, że powinniśmy ją pić, ale dlaczego? A jak już , to właściwie ile? I czy woda a woda to jakaś różnica? Tak wiele różnych butelek i buteleczek tego specyfiku jest na półkach każdego sklepu…
No właśnie… woda i my… Co za tajemnica się za tym kryje?

            Nasz organizm w siedemdziesięciu procentach składa się z wody. W siedemdziesięciu!!!! A zdarzyło Ci się kiedyś, Drogi czytelniku, żeby ktoś, kto zajmuje się Twoim zdrowiem, zapytał o Twoją wodę? Jeśli tak, to z całego serca Ci zazdroszczę, bo mnie do tej pory nigdy wcześniej to się nie zdarzyło. A okazało się, że to właśnie ona, a właściwie jej ogromny niedobór zaprowadził mnie prawie na skraj przepaści… No więc właśnie, co to za tajemnicza moc?

Bez wody nie ma życia. Każda komórka na ziemi jej potrzebuje. Jest ona niezbędna zarówno do odżywiania naszego organizmu, transportuje ważne dla nas mikroelementy, składniki odżywcze, jest ważnym składnikiem krwi i każdej innej komórki naszego ciała. Ale również służy do usuwania toksyn, zanieczyszczeń i wszelkich innych odpadów z naszych organizmów. By wszystko działało jak trzeba, codziennie musimy uzupełniać jej niedobór. To niezwykle istotne.
Wiedzieliście, że codziennie podczas zaledwie samego oddychania wydalamy pół litra wody? Układ moczowy wyrzuca kolejne półtorej litra. A pół litra wydalamy z potem. Jaki mamy bilans na koniec dnia? Dwa i pół litra mniej… Dwa i pół litra!!!
Ile z tego uzupełniamy?
Ile tej wody wypijamy?
Mam tu na myśli wodę, nie płyny, typu zupki, soczki, herbatki, kawki i tego typu rzeczy. Nasz organizm potrzebuje wody, nie dziwnych płynów, na których przerobienie musi dodatkowo wydatkować energię. Więc jak to jest takie ważne, dlaczego jej nie pijemy? Co takiego się dzieje, że nie dostrzegamy tej potrzeby? Bo jakoś żyjemy? Bo jakoś sobie radzimy? Właśnie!!! „Jakoś!!!” Ale jak to „jakoś” na nas wpływa? Jak często narzekaliście na bóle głowy? Jak często skarżyliście się na problemy z koncentracją, sennością, ciągłym zmęczeniem? Jak często borykaliście  się z dziwnymi alergiami? Jak często bolały was stawy? Jak często poszczególne ograny waszych ciał odmawiały posłuszeństwa?
Jak często odczuwacie to, że z każdym kolejnym rokiem waszego życia czujecie się coraz gorzej? Czy musi tak być? Jak myślicie?
Ja wam powiem…, że wcale nie. To czy tak będzie gorzej, czy też nie, zależy tylko od was. Od wyborów, których dokonujecie sami, na co dzień.
A więc dlaczego woda? Woda, bo nasz organizm bez niej nie przetrwa. Każdy organ naszego ciała musi ją mieć. Najwięcej wody potrzebuje nasz mózg. Kolejne organy, które nie funkcjonują bez wody, to serce wątroba i płuca. Gdy jej nie ma i wystarczającej ilości, nasz organizm uzupełnia jej niedobór zabierając ją z np. z krwi, bo tam jest jej najwięcej.
Co się dzieje, gdy w krwi brakuje nam wody?
A no gęstnieje… A jak krew gęstnieje, to nie daje rady przepływać przez wszystkie małe naczynia. Jak nie daje rady swobodnie poruszać się w układzie krwionośnym, wzrasta nam ciśnienie krwi. Jak przewlekle wzrasta ciśnienie, to lądujemy u lekarza i dostajemy tabletki…
Co się dzieje dalej? Jak nie da się już wyciągnąć wody z krwi, organizm wyciąga ją z jelit. Wiele z jelita grubego. I taka, bardzo wątpliwej jakości, pływa po całym naszym organizmie. Dodatkowo jelita, mając niedobór wody, nie są w stanie pracować tak, jak należy. Co się dzieje wtedy? Ano mamy bóle brzucha, problemy z zaparciami itp.
Jak więc tu dobrze się czuć? Czy jest to możliwe? Czy graniczy właściwie z cudem?
Jak myślicie? No właśnie…

Dlaczego nie pijemy wody…? Kiedyś czytałam wypowiedź Ewy Chodakowskiej, która na swoim profilu na portalu społecznościowym napisała: „To zabawne, że wypicie dwóch litrów wody dziennie wydaje się być nierealne, za to wypicie trzech litrów wina w jeden wieczór nie sprawia żadnych problemów.” Taki malutki paradoks, nie sądzisz?

Czy jakość wody też ma znaczenie?
Wydawałoby się, niekoniecznie? Ale czy na pewno? Zastanawialiście się ile wody w wodzie mają wszystkie wody mineralne? Ile tam jest zanieczyszczeń, a ile minerałów potrzebnych nam do życia?
Mylisz sobie: nie lubię wody, wybiorę więc smakową, przecież tam, na etykiecie też pisze, że to właściwie woda. Sprawdzałeś kiedykolwiek ile taki płyn ma chociażby cukru? No właśnie cukru. Czy nasze komórki potrzebują dodatkowego, ukrytego cukru? A zastanawiałeś się kiedyś, jakie ph ma woda smakowa? Dlaczego ph? Ph, bo nasz organizm funkcjonuje w środowisku zasadowym. Czy zawsze woda mineralna jest zasadowa? Niestety nie. Nie posiada też odpowiedniej ilości minerałów, bo w procesie przetwarzania i butelkowania często je traci.

Więc czy jest jakaś alternatywa? Czy można mieć wodę, która zapewni nam odpowiednie nawodnienie? Powiem Wam, że jest to możliwe. Taka woda istnieje! Ważne tylko, by wiedzieć, gdzie jej szukać.

Gdy czujecie, że jest to dla was ważne, gdy będziecie zainteresowani zgłębieniem tego tematu, serdecznie zapraszam do kontaktu.



niedziela, 23 października 2016

Co nas zatrzymuje w drodze do sukcesu?

fot. Ewa Kawalec




„Co jest najśmieszniejsze w ludziach: 
Zawsze myślą na odwrót: spieszy im się do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości ani przyszłości. Żyją jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.”

Paulo Coelho






Ile razy myśleliście o tym, by zatrzymać pęd życia. Stanąć na chwilę i pomyśleć, co dalej. Gdy czuliście, że coś mówiło: „Nie tędy, mój drogi. Stój! Rozejrzyj się wokoło i może… zmień kierunek.” Co rodziło się wtedy w głowie?
- Co ty gadasz głosie? Jak mam stanąć, gdy tyle rzeczy jest do zrobienia!
- Muszę z czegoś żyć.
- Muszę utrzymać siebie i swoich bliskich.
- Zmień kierunek? Wolne żarty. Przecież już teraz, na to co robię nie mam już sił.

Jak często wstawaliście rano z potwornym bólem głowy i bólem istnienia. Jak często noc była bardziej męcząca niż dzień. Wstawaliście i na dzień dobry wszystko bolało. Ciało, życie, nasze puste cele. Energia już o poranku była na poziomie depresji, a trzeba było wstać, by walczyć dalej, by mieć co do garnka włożyć.
Jak często mieliście poczucie, że wasze życie traci sens, bo nie macie sił witalnych, by sprostać nawet codzienności, a co dopiero myśleć o zmianach!
- Przecież i tak nie dam rady!

Myślenie siadało, twórczość spadała, a aktywność z dnia na dzień stawała się mniejsza.
Czy kiedykolwiek stało się tak, że nagle zaczynaliście chorować. Z waszym ciałem działo się coś dziwnego. Niby zwykłe przeziębienie, a leżeliście plackiem dwa tygodnie. Dostaliście leki, a zamiast pomagać, czuliście się coraz gorzej. A za kilka tygodni, kiedy niby pozornie stawaliście na nogi, byliście tak słabi, że nic się nie chciało. Każdy krok sprawiał ból. Czuliście każdy mięsieniek, każdą komórkę swego ciała, która mówiła: Siedź, nie ruszaj się! Lepiej się połóż, bo i tak już nie masz na nic energii!
Zaczynaliście się bać, nie wiedzieliście, co się z wami dzieje. Ciało wyprawiało coraz to większe wariacje. Jakieś dziwne bóle głowy, problemy z serduchem i oddychaniem, bóle mięśni, dziwne wysypki, przybieranie na wadze (nie wiadomo z jakiego powodu...).
Brakowało wam sił na normalne, codzienne funkcjonowanie. Problemy ze snem i porannym wstawaniem. Totalne wyczerpanie… Stres, myśleliście… Wiek pewnie swoje robi… Ale trzeba się jakoś ratować…
Jak często trafialiście wówczas do lekarza, który was zbadał i rozkładał ręce.
- Nie wiem, co pani jest. Wszystkie badania prawie w porządku. Drobne odchylenia, ale kto by się takimi zmianami przejmował. Wyspać się i przestać się stresować.
A może inaczej, trafiliście do lekarza, a on stwierdził po prostu:
- Czego pan oczekuje, w tym wieku przecież już tak jest. Musi boleć.
Albo… dostawaliście po prostu kolejną tabletkę na dzień dobry, bez żadnych badań, ze stwierdzeniem: „może pomoże” lub „powinno pomóc”.
Wychodziliście za drzwi i myśleliście:
- Cholera! Przecież ja mam dopiero trzydzieści kilka lat! A czuję się gorzej niż moja własna babcia, która szczęśliwa biega po podwórku… Co ze mną jest nie tak?
No i zaczynaliście szukać. I co dowiadywaliście się?
- Teraz wszyscy są słabi. Takie pokolenie. Wszędzie jest chemia. Nic się nie da z tym zrobić. Może spróbuj się zdrowo odżywiać i więcej się ruszać.
I co? Próbowaliście to zmienić? W sklepach teraz tak wiele produktów „Light”, soków owocowych, przetworów z warzyw, super suplementów i witaminek na kilka złotych.  Watro spróbować, nie? Czemu nie, przecież nic nie tracę. Tylko… zamiast lepiej się czuć, tyliście dalej, aktywność jak była mała, tak była, a coraz to nowe wysypki nawiedzały was jak szalone. I znów kolejna choroba, tym razem mocniej przechodzona. Kolejny antybiotyk. Nie działa… Dostajecie kolejny. Dalej to samo. W końcu stawało na jakiejś końskiej dawce, która niby pomogła.
Ale, po jakimś czasie, nagle jakieś dziwne objawy… Dziwna flegma w ustach, poranny kaszel, nieustanny katar, zwłaszcza, jak napiliście się lub zjedliście coś ciepłego. Kolejna dziwna wysypka. Zaczynały się robić jakieś rany w nosie, pękały paznokcie, wypadały włosy.
I jak tu myśleć o własnym rozwoju?
Zaczynały przychodzić czarne myśli…
- Ja się do niczego nie nadaję.
- Na nic nie mam sił.
- Jak w tym wieku ma tak być, to co będzie za parę lat?
- Po co się rozwijać dalej, jak muszę teraz myśleć, jak znaleźć fundusze na kolejnego lekarza i kolejne „super specyfiki”. Musze mieć stałą pracę. Jakoś wytrzymam. Jakoś przepracuję te osiem godzin, a potem wrócę do domu i się położę… Żeby tylko była taka możliwość… Nie zawsze była… Coraz częściej pojawiało się podenerwowanie, wszystko wokół wkurzało.

I tak funkcjonowaliście, bez większego sensu, bez planów na przyszłość, bez żadnych rozrywek (bo o tym, by wyjść z domu, zwyczajnie nie chciało się wam nawet myśleć).

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak się dzieje? Czy można to zmienić? Czy jest możliwe, by znów stanąć na nogi i odzyskać siły? Siły, a tym samym wiarę w życie? Pozbyć się czarnych myśli, strachu przed nieznanym i zacząć znowu żyć?

Tak!!! To jest możliwe! Wszystko może się stać. Dużo da się naprawić, tylko trzeba wiedzieć jak… I nie jest to o dziwo żadna magia.

Ale o tym będzie niebawem…