wtorek, 3 kwietnia 2018

Jak się zmotywować do pracy w domu?





„Nie czekaj, aż pojawi się coś dużego. Zacznij w tym miejscu, w którym się znajdujesz, z tym co masz, a zawsze dojdziesz do czegoś wspaniałego.”
Mary Monin Morrissey



Jak się zmotywować do pracy w domu?

No właśnie…
Jak to zrobić żeby działało?
Jak stać się sobie szefem?
Jak efektywnie wykorzystać czas, gdy nikt cię nie rozlicza?

Wydawałoby się proste, prawda?

Ale w rzeczywistości praca na własny rachunek wymaga więcej organizacji niż praca na etacie. Więcej organizacji, ale i daje zdecydowanie więcej możliwości i satysfakcji. Dlaczego? A no jest kilka przyczyn…

Po pierwsze:
Nikt Ci nie dyktuje co masz robić i kiedy. Sam sobie jesteś sterem żeglarzem i okrętem. Więc jeśli dobrze pokierujesz statkiem, to osiągniesz wiele. Aby dobrze nim pokierować, potrzebna jest ci wiedza. Wiedza, która da odpowiedź na pytania typu: co zrobić, by nie marnować cennego czasu, jak zadziałać, jak dotrzeć do twojego odbiorcy.

Po drugie:
Możesz realizować swoje pasje i połączyć je w całość tak, by zaczęły przynosić zyski. Robienie czegoś z pasją daje niesamowitą wartość dodaną: „nie czujesz, że pracujesz…”

Po trzecie:
Sam sobie planujesz godziny pracy i jej zakres. To ty decydujesz, ile czasu poświęcasz na rozwój, ile na prace z komputerem, ile na dotarcie do odbiorcy. Nikt ci nie każe wstawać skoro świt, gdy akurat jesteś nocnym Markiem i lepiej wychodzi ci myślenie po zmierzchu. Nikt nie nakazuje ci robić przerwy na zawołanie, najlepiej piętnastominutowej, podczas której nie bardzo wiadomo co ze sobą robić… Robisz przerwę, kiedy sam potrzebujesz, pracujesz wtedy, kiedy chcesz i ile chcesz. Oczywiście to przekłada się na efekty. Wiadomo, jak przykładasz się bardziej, efekty pojawiają się szybciej…

Po czwarte:
Sam sobie dobierasz osoby, z którymi chcesz pracować. Nikt ci tego nie narzuca. Masz wybór i możesz sobie stworzyć taki zespół, jak tobie odpowiada. A jeśli wolisz pracować sam, to też masz taką możliwość.

Co więc zrobić by być dla siebie efektywnym szefem? Jak planować czas, by „nie uciekał między palcami”? Jest kilka zasad, które mogą ci to ułatwić i wyklarować.

Ja mam kilka sprawdzonych sposobów, które działają i postaram się nimi podzielić.

Na początek trzeba sobie uświadomić to, że swoją dyscyplinę musisz oprzeć na innych mechanizmach, niż w przypadku pracy na etacie.

Dlatego watro mieć na uwadze zbudowanie odpowiednich nawyków. To one bowiem decydują o tym, czy jesteśmy efektywni, czy też przychodzi nam to z trudem.

Chodzi bowiem o to, by praca przynosiła zysk a równocześnie istotne jest to, by tak wszystko zaplanować, żeby stres spowodowany terminami nie popsuł satysfakcji z wykonywanego zajęcia. Celem działania w życiu powinna być wolność, którą możesz wykorzystywać w sposób, który podwyższa także jakość twojego życia w innych obszarach.

Od czego więc zacząć?

  1. Mój sprawdzony sposób to plan zadań do wykonania na kolejny dzień.

Robię to zawsze przed snem. Podsumowuję to, co wykonałam danego dnia i planuję zadania na kolejną dobę. Tak, u mnie dobę, gdyż z uwagi na to, że zajmuję się synkiem (który też sobie sam planuje dzień i to zawsze bardzo kreatywnie) muszę się dostosować do warunków, które mam.
Ważne jest to, by plan był zapisany. Możesz do tego użyć zarówno kartki i długopisu jak komputera czy telefonu. Pisz tam i w taki sposób, jak jest tobie wygodnie. Plan rób w postaci listy, nie wypracowania. Masz na to spojrzeć i łatwo odhaczyć co zrobiłeś, a nad czym jeszcze trzeba popracować.

Dobrze byłoby ustalić sobie ogólnie plan dnia i godziny pracy. Lecz jeśli nie masz takich możliwości, dostosuj to tak, byś był w stanie to ogarnąć. Ja nie lubię, gdy ktoś przerywa mi wykonywane zadania. Więc najlepiej pracuję, gdy mały idzie spać. W dzień natomiast najlepiej idzie mi planowanie, co z kolei jest bardzo przydatne przy podsumowaniu każdej doby.

Ważne, żeby wyrobić sobie nawyk: o tej godzinie siadam i wykonują poszczególne zadania. Nie odkładaj rzeczy na później. A jeśli musisz to zrobić, z przyczyn od ciebie niezależnych, to pamiętaj, by kolejnego dnia nadrobić to, czego nie udało się zrealizować.

Ważne przy planowaniu jest też to, by zadania do wykonania były szyte na „twoją miarę”. Co to znaczy? Ano to, by zadań nie było ani za dużo, ani za mało. Gdy obciążysz się pracą, po pewnym, czasie będziesz tak zmęczony, że w wszystko w tobie będzie krzyczało: nie wyrabiam, nie daję rady, to nie dla mnie… A to prosta droga do wypalenia. Gdy ustalisz zaś za mało zadań, będziesz miał poczucie, że masz ciągle czas, co może powodować, że wszystko będziesz odciągał w czasie. To z kolei w pewnym momencie doprowadzi do tego, że poszczególne rzeczy się na siebie nałożą. Kolejna pułapka tu jest taka, że będziesz robił wiele rzeczy niepotrzebnych, zamiast skupić się na priorytetach. I jeszcze jedna ważna rzecz, im mniej zaangażujesz czasu, Tym wolniejsze będą efekty.

Zorientuj się zatem, ile pracy to dla ciebie w sam raz, by to co robisz było dla ciebie przyjemnym zarobkowaniem.

  1. Sprawdzaj efekty
 Dlaczego? Bo to efekty decydują, czy masz zysk, czy nie. Jeśli coś nie przynosi rezultatów, to zastanów się nad tym, czy potrzeba na to więcej czasu, czy może lepiej wymyślić jakiś inny sposób dotarcia do odbiorcy. Znajdź kilka kanałów dystrybucji i sprawdzaj co jakiś czas, co działa najlepiej. Pomoże ci to zbudować własny sposób działania i pozwoli na zaoszczędzenie czasu poprzez eliminowanie zbędnych czynności.


  1. Bądź konsekwentny
Pamiętaj, tylko wytrwałość powadzi do stabilnego sukcesu. Nie zawsze idzie prosto, nie zawsze jest łatwo. Ale jak wiesz do czego dążysz jest zdecydowanie łatwiej. Miej główny cel, dąż do niego krok po kroku, planując mniejsze celiki po drodze.


  1. Oddziel przestrzeń pracy od przestrzeni domowej.
 Dobrze jest mieć stałe miejsce, gdzie pracujesz. Sprawdza się tu również plan dnia. Co to daje? Pomaga zarówno w organizacji (nie musisz codziennie przenosić narządzi pracy z miejsca na miejsce, co daje dodatkowy czas) jak i w przestawieniu myślenia z rodzinnego na zawodowe.


  1. Dawaj sobie nagrody.

Co może być nagrodą? To zależy od samego ciebie. Nagrodą już jest umiejętność podziękowania sobie za dobrze wykonaną pracę. Może to być mała lub większa przyjemność dla ciała lub ducha.


  1. Zadbaj o wolny czas

Dobrze zaplanowany czas odpoczynku podnosi poziom endorfin i podnosi motywację. Dzięki temu stajemy się bardziej kreatywni.

Pamiętaj, ruch najlepiej wpływa na nasze samopoczucie. Ciało po wysiłku fizycznym staje się zrelaksowane, znika wszelkie napięcie. Ma to istotny wpływ na gospodarkę hormonalną i naszą motywację do działania. Dostosuj poziom aktywności do siebie. Może to być zarówno spacer jak i aktywny trening.

Znajdź czas na relaks, spotykaj się z ludźmi
W życiu należy zachować odpowiedni balans. Musisz mieć czas na regenerację, podczas której nie myślisz o pracy. Umysł potrzebuje odpoczynku i nie można cały czas funkcjonować na wysokich obrotach myślowych. Umiejętność relaksacji jest zatem kluczowa, abyś był produktywny i z entuzjazmem podchodził do pracy.

Wysypiaj się
Sen ma bardzo istotne znaczenie, z wielu powodów. Najważniejszym z nich jest jednak ogromne powiązanie kortyzolu z jakością naszego snu, gdyż to on powoduje zmęczenie oraz znużenie w ciągu dnia.

Jak więc efektywnie i dobrze sypiać?
- Zadbaj o całkowity mrok w pokoju. Nasz mózg odczytuje każdy sygnał fotonowy jako bodziec do uaktywniania się. W ten sposób nie możemy zapaść w głęboki sen, gdyż melatonina (hormon snu) jest hamowana przez światło.
- Staraj się też nie używać smartfona ani laptopa przed samym snem. Warto dodatkowo zadbać o odpromienniki, które pozwolą na znaczne zmniejszenie promieniowania.
  
Mam nadzieję, że w/w rady pomogą ci zmotywować się do pracy. Nie jest to ciężkie zadanie, jednak wymaga zaangażowania w zmianę nawyku.
Za każdym dniem będzie coraz prościej. Wypracowanie dobrych nawyków pozwoli zarówno  na efektywną i kreatywną pracę jak i na szczęśliwe życie prywatne.


piątek, 9 marca 2018

Kto chce szuka rozwiązania, kto nie chce, szuka wymówki…



Kto chce szuka rozwiązania, kto nie chce, szuka wymówki…


Tak, to właśnie tak jest. Nasz poziom „chcenia” siedzi w naszej głowie. A tak naprawdę rozchodzi się o naszą gotowość do zmiany.

Gdy nie jesteśmy na nią gotowi, szukamy tysięcy powodów, by nie pójść krok dalej.
- Nie, to się nie uda…
- Nie, nie mogę posłuchać wykładu, bo nie mam czasu…
- Nie, nie mogę kontaktować się z ludźmi, bo nie mam do tego talentu…
- Nie, nie mogę pójść na spotkanie, bo boli mnie głowa…
- Nie, nie mogę zadzwonić, bo muszę posprzątać…
- Nie , nie mogę zajęć się nowymi rzeczami, bo się do tego nie nadaję
- Nie, nie mogę realizować swoich celów, bo mnie na pewno się to nie uda…
- Nie, nie mogę zacząć dbać o swoje zdrowie, bo nie mam kasy…

I tak dalej… Znacie te lub tym podobne wymówki?

Ja znam doskonale. Sama przez ten etap przechodziłam. Wiedziałam, że w moim życiu muszę coś zmienić, bo cholernie mi było niewygodnie, tam gdzie byłam, ale … no właśnie, zawsze pojawiało się jakieś ale…

Na początku nie miałam zielonego pojęcia czego ja właściwie chcę. Co mnie pasjonuje, w czym jestem dobra… Dobra hihi, dobre sobie na początku drogi… Przed wejściem na pierwszy schodek do własnego rozwoju byłam pewna, że ja w niczym dobra nie jestem. Wszędzie widziałam tylko mądrzejszych i wartościowszych ludzi od siebie. No i ta piekielna zagadka – czego ja właściwie chcę???? Długo nie mogłam znaleźć odpowiedzi na to pytanie.

Zaczęłam szukać swoich mocnych stron, tego co mnie pasjonuje… Zajęło mi to trochę czasu…  Tak naprawdę do poniższych wniosków, dochodziłam kilka lat. Jeśli tylko dotarło do mnie coś, w czym jestem lub mogę być dobra, zapisywałam to i testowałam. Czasem dochodziłam do tego sama, czasem pomagali mi inni, których słowa (które okazały się kamieniami milowymi mojego rozwoju) pamiętam do dziś…

I doszłam do takich oto wniosków:

1. Uwielbiam pomagać ludziom
To zawsze było moją pasją. Drugi człowiek, odkąd pamiętam, był dla mnie niesamowitą zagadką. Nawet jeśli jego „ja” było w ogromnej rozsypce, zawsze wiedziałam, że w środku jest coś, co jest wartościowe. Bo każdy z nas ma potencjał, tylko nie każdy potrafi go w sobie odkryć.
To akurat czułam już od dziecka. Jakimś trafem miałam to coś, że wielu moich znajomych przychodziło pogadać, wyżalić się, zapytać o radę… Ale, że to jest mój potencjał, dotarło do mnie o wiele lat później…

2. Kocham słuchać i mówić do innych
Już jako dziecko scena nie była dla mnie straszna. Kilka lat muzykowania przydało się ogromnie. Lęk i strach przed wystąpieniami potem okazał się o wiele mniejszy. Bardzo lubię prowadzić warsztaty, prelekcje, wykłady lub po prostu rozmowy. Lubię się dzielić z innymi, jeśli wiem, że mam coś wartościowego do przekazania. Nie lubię „paplać bez sensu J”. (Chyba, że jestem czymś zafascynowana, to wtedy buzia mi się nie zamyka hihih).
Słuchanie to też moja ogromna pasja. To przedziwne jest, że człowiek więcej przekazuje między wierszami niż wprost. I tu zawsze przychodzą mi na myśl słowa mego osobistego Męża, który mi zawsze powtarzał : „Jak kogoś słuchasz, to nie słuchaj tego co on do ciebie mówi, słuchaj tego, czego nie chce ci powiedzieć...” To pozwoliło mi w niejednej sytuacji zobaczyć drugie dno, które na pierwszy rzut oka nie było widoczne.

3. Uwielbiam sama planować swoje zadania
Zawsze denerwowało mnie okropnie to, gdy ktoś poprawiał każde moje słowo i każde najkrótsze zdanie, bo uważał, że jego są lepsze… Czułam wtedy, jak bardzo zabija to mój potencjał. Ale wtedy, zamiast walczyć o swoje – po prostu kładłam uszy po sobie i na dużo się godziłam. Co mnie powoli zabijało wewnętrznie. Czułam się jak w zamkniętej klatce…  Ale na szczęście wszystko jest do czasu…

4. Moją pasją jest pisanie
O czym przekonałam się stosunkowo niedawno… A uświadomił mi to pewnego dnia mój Szwagier… Do dziś pamiętam te słowa: „Ty masz głód tworzenia, w obiektywie to widać…(…) Może zacznij pisać…” I zaczęłam. Co było strzałem w dziesiątkę, bo nie dość, że mogłam się dzielić z innymi i rozwijać się twórczo, to okazało się, że pisanie pomogło mi w opanowaniu moich skrywanych lęków. Jak przelałam to na literki, strachy znikały.
I tak prawie udało mi się złożyć historię o sobie, która już prawie była skończona do momentu, gdy koniec okazał się początkiem… Ale o tym może jeszcze kiedyś napiszę…

5. Lubię sama decydować o sobie i decydować o tym jak chcę spędzać mój wolny czas
Z czym też zawsze był problem, bo jakoś wcześniej wszyscy uwielbiali zarządzać moim czasem i o dziwo, nie tylko tym w pracy, ale i tym prywatnym.. A ja pozwalałam sobie włazić w moje prywatne życie z butami, bo mi się wydawało, że tak trzeba… Bo jak tego nie zrobię, to nie będą mnie lubić i szanować… Jak bardzo się wtedy myliłam… Co do mnie z czasem dotarło. Na szczęście…

6. Kocham się rozwijać i uczyć
To zawsze mnie pasjonowało. Uwielbiam szkolenia, wykłady, książki. Lubię po prostu wiedzieć. Ale im więcej wiem.. tym bardziej sobie zdaję sprawę z tego, ile jeszcze nie wiem… I chcę więcej i więcej… A świat podsuwa mi wówczas ciągle nowe pomysły i ciekawych ludzi. I w tym jest moc…

7. Jestem stworzona do czegoś, tylko długo nie wiedziałam do czego…
Pamiętam słowa Cioci Ewy, które słyszałam jako dziecko i które ciągle siedzą mi w pamięci…– „Jesteś stworzona do wyższych celów…”
Teraz te cele pięknie się klarują. Jeśli zaczynasz szukać odpowiedzi na pytania, to w końcu je odnajdujesz. Znajdujesz miejsce, które łączy w jedno cały twój potencjał i pasje. Ale póki nie odkryjesz samego siebie, nie wejdziesz na kolejny stopień. Teraz już to wiem. Wszystko siedzi w naszych głowach…

„A kiedy prawo zacznie działać w pełni, odkryjesz, że to, czego szukasz, szuka ciebie.” (Charles F. Haanel)

8. Kocham dawać…
I tu kolejne zdanie, które wryło mi się bardzo w pamięć. Tym razem są to słowa mojej Mamy: „Nie sztuką jest dać, gdy się ma, sztuką jest dać, gdy się nie ma…”
Tak, święta to słowa. I co się dzieje, jak dajesz, kiedy nie masz…? Zaczyna to do Ciebie wracać. W innej postaci, od innych ludzi ale wraca z nawiązką.
I tu sprawdza się prawo obfitości: „Im więcej dasz, tym więcej dostaniesz z powrotem. (…) W żadnej stworzonej rzeczy nie zachodzi zjawisko oszczędzania.” (Charles F. Haanel)

9. Kocham tworzyć
Tak, zawsze radość sprawiały mi wszystkie rzeczy związane z uruchomieniem kreatywności. Gra na gitarze, śpiew, pisanie, malowanie, tworzenie koncepcji i planów itd…
To ma ogromną wartość dodaną. To co powstaje ze mnie, jest takie moje… mój pomysł, moja ekspresja… Nie muszą być doskonałe.. nikt nie jest doskonały. Ważne, że są moje… od początku do końca. Od myśli do stworzenia… Takie małe cudeńka, a tak ogromnie ważne dla ducha.

No tak, jak udało mi się już wyłuskać to, co jest we mnie dobre i co mogę wykorzystać pojawiły się dwie zagadki:
  1. Jak to wszystko połączyć w jedno?
  2. Jak to przekuć w możliwości zawodowe?

I wtedy pojawiła się w moim życiu po raz kolejny Basia… Która pokazała mi drogę…
Ale… Wówczas dała znać o sobie moja sfera komfortu, która trzymała i nie chciała odpuścić. Ale to też działo się do pewnego momentu…
Jednak na początku pojawiały się wszystkie wyżej wymienione wymówki. Zawsze jak pojawiał się jakiś pomył wynajdywałam tysiące powodów, by tego nie robić… Strach podświadomie robił wszystko, żebym tkwiła w miejscu. W którym było mi zresztą cholernie niewygodnie.. Ale nie miałam ani sił, ani chęci by to zmienić…

I okazało się że blokowały mnie głównie dwie rzeczy: moje zdrowie (którego wówczas praktycznie nie było) oraz największy strach mojego życia…

I tu kolejny raz los zdecydował za mnie. Znalazłam się w sytuacji takiej, że musiałam ten strach pokonać. Nie było innego wyjścia… Musiałam przyjść to, co mnie spotkało…
Było ciężko, ale dałam radę. Pokonałam strach, pokonałam wizję, którą miałam latami, że jak taka sytuacja nadejdzie, to świat mi się zawali. Nie zawalił się. Koniec stał się początkiem nowej drogi. Otworzył drzwi, których wcześniej nawet nie widziałam…
I to był kolejny milowy krok… moment przejścia i oczyszczania. Potem budowania wszystkiego na nowo. Bo cała moja wcześniejsza wizja mojego życia zawaliła się i trzeba było stworzyć ją od nowa, na nowych zasadach. I powiem Wam, że powstaje mi całkiem niezła ta budowla. Na pewno pełniejsza i bardziej świadoma niż wszystkie wcześniejsze.

Gdy strach okazał się do przeżycia a sfera komfortu nie do wytrzymania, wymówki stały się celami….

- Nie, to się nie uda… - Udało się i udaje każdego dnia.
- Nie, nie mogę posłuchać wykładu, bo nie mam czasu… - Czas się znalazł. Okazało się, że to zaledwie kwestia organizacji. Jak bardzo czegoś chcę to po prostu to teraz robię.
- Nie, nie mogę kontaktować się z ludźmi, bo nie mam do tego talentu… - Taaaak , nie mam talentu, a całe życie pracuję z ludźmi hihi. Rozmowa zawsze jest taka sama. I to się dało ogarnąć.
- Nie, nie mogę pójść na spotkanie, bo boli mnie głowa… - Gdy przestałam się bać i zadbałam o swoje zdrowia, bóle głowy i inne dolegliwości minęły. Teraz to żadna wymówka.
- Nie, nie mogę zadzwonić, bo muszę posprzątać… - Mam teraz nowe motto: ”Ja się muszę rozwijać, mój syn musi się rozwijać, a kuchnia może poczekać…”
- Nie , nie mogę zajęć się nowymi rzeczami, bo się do tego nie nadaję – Nadaję się i to bardzo. A każda nowość ogromnie rozwija.
- Nie, nie mogę realizować swoich celów, bo mnie na pewno się to nie uda… - Jak zmieniasz myślenie, zaczynasz w siebie wierzyć to się udaje. To ogromnie niesamowite, ale tak jest. Zmieniasz myślenie i świat zaczyna się zmieniać…
- Nie, nie mogę zacząć dbać o swoje zdrowie, bo nie mam kasy… - Jak zaczęłam w końcu dbać o zdrowie to i kasa się znalazła, jak się okazało. Jak bardzo Ci na czymś zależy, to to osiągasz. Pojawiają się takie możliwości, że zaczynasz to po prostu robić…

 „Kiedy uczeń jest gotowy to nauczyciel się znajdzie…” (Susan Jeffers)

Tak, jak byłam gotowa, nauczyciele pojawiali się jak cudowne anioły… co dzieje się do dziś…

Pojawił się Jakub, który podsunął mi ważne wskazówki i dwie piękne książki, które dopełniły całości. Pojawiła się Lucyna, Piotr, Zosia, Jasia, Ewka, Malwina, Iza, Monika i wiele innych osób, które codziennie mnie czegoś uczą. Dziękuję Wam za to Kochani. Dziękuję, że jesteście…

Nowi nauczyciele, nowe życie, nowe cele, nowe perspektywy, nowa miłość, nowa droga…
Wszystko nowe ale jakie pasjonujące…

Jak pozbędziesz się strachu życie zaczyna się dziać!!!

Nie bój się bać po prostu to zrób…
Nieważne ile zajmie czasu, po prostu zrób. Droga zaczyna się od pierwszego kroku…


czwartek, 8 lutego 2018

Cel – tak proste i tak trudne zarazem…

Fot. Ewa Kawalec




„Wygrywa tylko ten, kto ma jasno określony cel i nieodparte pragnienie, aby go osiągnąć.”

Napoleon Hill








            Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, czy warto planować? Co to właściwie takiego jest? Co to jest cel, jak go formułować? Czy definiowanie naszych zamierzeń ma wpływ na nasze działanie, sterują naszą podświadomością? Jeśli tak, to na ile? Czy każdy nazwany cel jesteś w stanie zrealizować? Jak to się ma do twojego jeźdźca i słonia?

            Jak już o tym wspominałam wcześniej, nasz mózg, nasza podświadomość, zbudowane są tak, by maksymalnie nas chronić. Układ jeźdźca i słonia dużo pomaga, ale też w wielu momentach zatrzymuje nas w działaniu. Odpowiednio zbudowany cel jest zatem kluczem do oswojenia słonia.

Jak więc budować nasze cele?

Warto wykorzystać do tego metodę SMART. Na pierwszy rzut oka, wydaje się to nie być takie proste…
Smart oznacza sprytny. Więc jak zacząć sprytnie, a zarazem mądrze planować swoje życie?

Ta metoda ma pięć bardzo charakterystycznych cech:

- S– czyli Sprecyzowany
- M – czyli Mierzalny
- A – czyli Atrakcyjny
- R – czyli Realistyczny
- T – czyli Terminowy

Zanim jednak przejdę do krótkiej charakterystyki w/w cech, zastanówmy się chwilę nad celem końcowym.

Co to jest cel końcowy? Jak go sprecyzować, by okazał skuteczny? Co nam pomoże w jego realizacji?

By założenie, które sobie postawisz odniosło skutek, musi być tak sformułowane, by twoja podświadomość widziała dla siebie w tym korzyść. Cel musi być koniecznie zapisany i powtarzany. Ważne, by był w zasięgu twoich możliwości. Dlaczego? Im więcej zmysłów w to zaangażujesz, tym masz większe szanse by oswoić słonia.

Jak stworzyć cel końcowy?

W bardzo prosty sposób:
Jak zaleca Evelin Gawłowska najlepiej formułować go w następujący sposób:

„Dziś jest… (tu podajesz datę zamierzonego terminu osiągnięcia celu) i ja mam… (tu piszesz, to, co chcesz zrealizować).

Napisz sobie to wyraźnie i zawieś w widocznym miejscu. Ma Ci się to rzucać w oczy codziennie.

Dodatkowo odkreśl:
-  dlaczego ten cel jest dla Ciebie ważny
- zdefiniuj trzy czynności, które przybliżą Cię do jego realizacji
- zastanów się jakie nawyki musisz w sobie wytrenować, bo dojść do wybranego celu
- wypisz korzyści, jakie osiągniesz, gdy zrealizujesz postawione zamierzenie.

Wracając do cech dobrze postawionego celu…

Ma on być:

- Sprecyzowany – czyli masz jasno wiedzieć czego cel dotyczy i co chcesz osiągnąć.
Jak napiszesz: chcę schudnąć… to nie do końca wiesz, co dokładnie masz robić… Twoja podświadomość się zaspokoi, gdy spadnie Ci np. 0,5 kg. Przecież schudłeś, prawda? Ale czy właśnie o to pół kilo Ci chodziło? Więc co się samo nasuwa? Napisz ile chcesz stracić na wadze. Pamiętaj jednak, by ilość kilogramów, które będziesz gubić była dostosowana do twoich możliwości. Nie za duża, bo podświadomość stwierdzi, że to nieosiągalne i będzie bojkotować każdy wysiłek. I nie za mała równocześnie, bo gdy założysz niewielkie zaangażowanie, nie będziesz pracował, tylko twierdził, że na taką wartość, to masz jeszcze czas…
W rezultacie.. nie zrobisz nic…

- Mierzalny – czyli powinieneś mieć możliwość sprawdzenia postępów realizacji. Czyli cel: odłożyć 5 tys. na wyjazd na wakacje, nie jest równoznaczny z celem: wyjechać na wakacje. W pierwszym przypadku możesz sprawdzić ile odłożyłeś – czyli to zmierzysz, w drugim zaś nie jesteś w stanie jasno określić, czy przybliżasz się do realizacji postanowienia.

- Atrakcyjny – czyli atrakcyjny dla Ciebie. Czyli musisz odpowiedzieć sobie na pytanie, po co go realizujesz, co to Tobie da i jakie będziesz miał z tego korzyści.

- Realistyczny – czyli możliwy do osiągnięcia. Musisz określić czy masz na tyle sił i innych zasobów by dany plan zrealizować. Czyli jak sobie założysz, że za 3 miesiące kupisz samochód za 50 tys., a w danym czasie jesteś bez pracy, to raczej to nie jest realistyczne. Wprawdzie przygody się zdarzają (możesz np. wygrać w totolotka), ale Twoje działanie nie ma być przypadkiem, a zaplanowanym, sensownym działaniem.

- Terminowy – czyli z określoną datą, do której chcemy zrealizować nasz cel. Termin zwiększa mobilizację. Ustawia podświadomość na określone tory. Jak zaplanujesz, że kiedyś będziesz bogaty, to może to się wydarzyć na „święte nigdy”, lecz jeśli założysz, że za rok odłożysz 10 tysięcy, to wiesz do czego zmierzasz i wiesz, w jakim czasie masz tego dokonać.

Gdy zabierasz się do realizacji zamierzeń:
- Koniecznie zaplanuj sobie końcową nagrodę. Nasz słoń lubi być chwalony i nagradzany.
- Doceniaj każdy mały krok w drodze do sukcesu.
- Podpisz ze sobą kontrakt:
„Ja …(Twoje imię i nazwisko) podejmuje wyzwanie realizacji celu… (wpisz swój cel) i koniecznie się pod tym podpisz.
- Planuj każdy dzień. Każdego wieczoru rób analizę małych dziennych kroków i podziękuj sobie za to, co zrobiłeś.

Pamiętaj, każdy mały krok jest elementem wielkiej podróży…

Watro zainwestować trochę czasu dla siebie, zrobić dobry plan, wiedzieć czego się chce od życia. Wtedy twoje wybory nie będą efektem przypadku, a twego świadomego działania. Określasz wówczas nie tylko marzenia ale i drogę do ich realizacji. A wtedy nie zostaje już nic innego jak osiągnąć to, co zamierzyłeś….




poniedziałek, 29 stycznia 2018

Jak dotrzeć do własnej podświadomości?




„Uwierz, że dasz radę. To już połowa sukcesu.”
Theodore Roosevelt



            „Uwierz, że dasz radę, to już połowa sukcesu….” Tak proste, a zarazem tak trudne…
Czy to jak myślimy rzeczywiście determinuje nasze życie i wybory? Dokładnie, tak to właśnie jest. Kluczem do sukcesu często bywa nasz sposób postrzegania świata i sposób formułowania myśli. Nasza podświadomość słucha komend, jakie sobie sami wypowiadamy.
Wszystkie okoliczności naszego postępowania i jakość naszego bytu siedzą tak naprawdę w naszych mózgach.

Przeanalizujmy więc jak to się dzieje.

Każdy z nas ma 3 struktury mózgu:

  1. Pień mózgu - mózg gadzi
Jest on najstarszą i najbardziej prymitywną częścią mózgu, występującą u wszystkich gatunków, które mają system nerwowy choć trochę bardziej rozwinięty od minimalnego. Odpowiada za reakcje ucieczki, walki i obrony oraz najbardziej prymitywne odruchy.
Ta pierwotna część mózgu reguluje podstawowe czynności życiowe, takie jak oddychanie i metabolizm pozostałych organów oraz kontroluje stereotypowe reakcje i ruchy. Nie można powiedzieć, by część ta zdolna była do myślenia i uczenia się; jest ona raczej zespołem zaprogramowanych regulatorów, które „dbają” o to, by ciało funkcjonowało jak należy i reagowało w sposób zapewniający mu przetrwanie. Pień mózgu jest siedliskiem zachowań związanych z prokreacją, walką oraz instynktami. Mózg ten rządził wszechwładnie w epoce gadów.

Jak się objawianego działanie?
A no na przykład, gdy wchodzisz do jakiegoś pomieszczenia i masz chęć jak najszybciej go opuścić, nie wiedząc dlaczego. Mózg gadzi dał do zrozumienia: dziwnie tu, boisz się, uciekaj…

  1. Układ limbiczny - mózg ssaków

Z pnia, tej najstarszej i najbardziej prymitywnej części mózgu około 50 milionów lat temu, wyłoniły się pierwsze ośrodki emocjonalne – „stary mózg ssaków”.
„Układ limbiczny”, realizuje bardziej złożone instynkty, emocje i procesy uczenia się.

Za jakie reakcje odpowiada ta część?
- „Coś mi się chce albo nie chce.”
- „Nie wiem, jaką decyzję podjąć.”
- „Boję się postawić kolejnego kroku.”
- „Boję się wyjść z miejsca, w którym jestem.”

Układ limbiczny, w związku z powyższym, często uznaje za lepsze coś, co jest znane i niefajne niż nieznane i fajne.

  1. Kora nowa - mózg naczelnych
Po milionach lat, w wyniku postępującej ewolucji, z ośrodków emocjonalnych powstał mózg myślący, czyli nowa kora mózgowa, wielka masa pozwijanych tkanek, która tworzy jego wierzchnią warstwę – jest to „mózg naczelnych”.

Kora nowa odpowiada za wyobrażenia, logikę, myślenie „tu i teraz”.

Oto reakcje kory nowej:
- Najpierw podejmujemy decyzję, a potem sobie ją uświadamiamy.

To są wszystkie decyzje podejmowane w sposób nieświadomy.

Jak to się więc wszystko ma do naszej podświadomości i tego, jak myślenie determinuje nasze wybory?
Ano, bardzo prosto. Możemy to porównać do jeźdźca na słoniu. Jeździec to kora nowa – nasz racjonalny umysł, zaś słoń, to część emocjonalna.

Słoń stoi na straży naszego wewnętrznego bezpieczeństwa. Nie chce dopuszczać do zmiany, bo się jej boi. Uwielbia nagrody, które musza być natychmiast. Gdy brakuje mu gratyfikacji, stoi w miejscu, lub się cofa. Kiedy jest źle, podejmuje decyzje typu „byle przetrwać”.
Jeździec zaś ma za zadanie zmusić słonia do drogi.

Ale jak to zrobić, by jeździec mógł się dogadać ze słoniem? Wcale to nie jest takie proste, jakby się wydawało.
Słoń chce osiągnąć cel szybko i bez wysiłku, jeździec – myśli racjonalnie, logicznie, pod warunkiem, że wie, dokąd chce jechać. Jak ważne jest więc planowanie i stawianie sobie jasnych, konkretnych i określonych w czasie celów.

Jak więc pogodzić te dwie, tak różne od siebie struktury?
W prosty sposób. Jeździec, jak już wspomniałam, powinien umieć dogadać się ze słoniem. Wiedzieć gdzie jedzie, po co i jak to ma zrobić. Słoń zaś, gdy wie dlaczego, pójdzie tam, gdzie pokieruje go jeździec. Przy czym, jego cele muszą być proste to zrealizowania, i zakończone nagrodą. Dlatego tak ważna jest strategia „małych kroków” by tego naszego wewnętrznego słonia oswoić.

Wróćmy więc do myślenia. Jeśli zakładasz, że nie da się czegoś osiągnąć, co robi słoń? Bojkotuje wszystkie pomysły. Mówi, po co się starać, jak i tak do niczego nie dojdziesz. Szkoda marnować czasu na mrzonki. Co się dzieje wówczas z naszym działaniem? Dochodzimy do wniosku, że i tak się nie uda i nie podejmujemy żadnego działania.

Co więc wtedy, jak jeździec postanowi coś osiągnąć i ma cel? A no, jak wie, co ma robić, planuje. Rozkłada projekt na etapy, realizując go powoli. Myślenie wówczas koncentruje się nie na tym czy podjąć działanie czy nie, ale na tym, jak je zrealizować.

Jak działa zatem program małych kroczków?
Przede wszystkim oswaja słonia. Pozwala określić drogę, przeanalizować zagrożenia, ustalić plan działania z dnia na dzień. Eliminuje przerażenie, związane z przyjętym przez nas większym celem. Małe zadania nie są takie strasznie.

Tak więc moi drodzy planujcie swoje życie, planując każdy dzień. Dziękujcie słoniowi każdego dnia, za to, że pozwolił na kolejny krok. Spełniajcie marzenia małymi działaniami, a dojdziecie do sukcesu.

Czego Wam i sobie życzę…



poniedziałek, 15 stycznia 2018

Wsteczne lusterko




„Przeszłość jest jak wsteczne lusterko w aucie. Dobrze jest czasem spojrzeć i zobaczyć jak daleko zajechaliśmy, ale jeśli zaczniemy się z długo przyglądać, możemy nie zauważyć tego, co jest tuż przed nami.”

Facebook.com








            No właśnie, jak wsteczne lusterko… Zastanawialiście się kiedyś, jak przeszłość może trzymać nas w miejscu? Jak wiele nam umyka, jeśli nie potrafimy odbić się od przeszłości…

Tak to jest. Każdy z nas ma wiele doświadczeń. Każdy lepiej lub gorzej sobie z nimi radzi. Życie bywa piękne i nieprzewidywalne, ale czasami daje nam nieźle popalić.
Bywa tak, że rozpamiętujemy czasy, gdy było nam dobrze. Teraz jesteśmy na zakręcie i nie bardzo wiemy co ze sobą począć. Co się wtedy dzieje? Nasza podświadomość płata nam figla. Zatapiamy się w tym co było, nie zauważając obecnej rzeczywistości. Czasem jej nie widzimy, czasem nie chcemy jej widzieć, odrzucając wszystko, co może przynieść nam dzień dzisiejszy.

Niestety takie myślenie prowadzi donikąd. Zamiast się rozwijać, cofasz się, popadając w coraz większą depresję. Życie przestaje cieszyć, zamykasz się na nowe i włazisz do coraz grubszej skorupki, która z czasem coraz bardziej nie pozwala Ci wyjść. Tracisz kontakt z rzeczywistością.
Pamiętaj, jak nie możesz zmienić rzeczywistości, to naucz się żyć tam gdzie jesteś. Nikt za Ciebie tego nie zrobi. To Ty kreujesz swoje życie, a to jak myślisz i odbierasz świat, determinuje twoje wybory.
Można siedzieć i płakać, prawda? Ale po co? Co to da? Najwyżej to, że coraz bardziej będziesz odpływał w niezrealizowane marzenia, wmawiając sobie, że nic nie możesz więcej zrobić. I co wtedy staje się z Twoim potencjałem? Ucieka, jak szalony. Spychasz go w otchłanie podświadomości, wmawiając sobie, że nic dobrego Cię więcej spotkać nie może. I wpadasz w wielki kanał, topiąc siebie w paskudnym bagienku.

Emocje potrafią działać cuda, ale potrafią też cofnąć Cię do punktu wyjścia.

I teraz pytanie: Czy masz siły do walki? Czy wierzysz w to, że wszystko dzieje się po coś? Czy chcesz wyjść z marazmu, czy tkwić w miejscu, w którym jest Ci potwornie niewygodnie.
Nie da się? Nic bardziej mylnego.

Więc do rzezy. Każdy z nas ma chwilę załamania. Czasem życie potrafi wywrócić się do góry nogami i masz wrażenie, że nie jesteś w stanie zapanować nad rzeczywistością. Dostajesz przysłowiowym obuchem w łeb. Zdarza się, mocno zaboli, ale rany mają to do siebie, że potrafią się goić. Trzeba na to czasu, oczywiście. Ale pamiętaj, to Ty budujesz swoje życie, które jest jak domek. Jeśli mas mocne fundamenty, wszystko da się odbudować. Stawiałeś ściany, przyszła wichura, zburzyła wszystko. I Co???
Rozejrzyj się, czy faktycznie masz aż tak źle? Zobacz, jak wielu ludzi z niezależnych od nich przyczyn tracili wszystko. Bo wichura, bo powódź, bo pożar, bądź inne nieszczęście. I myślisz, że oni mieszkają do dziś pod gołym niebem? Nie! Zakasywali rękawy i odbudowywali nieraz cały dorobek życia od podstaw.
Więc i Ty też możesz postawić swój dom na nowo. A kierowany wcześniejszym doświadczeniem, gdzie wiesz, jak stawiało się pierwsze cegły, pójdzie Ci to szybciej. I nagle, co się okazuje? Że owe zupełnie świeżutkie  ściany, stają się o wiele piękniejsze, a Ty coraz bardziej silny. Zauważasz możliwości, które wcześniej uciekały Ci między palcami. Zaczynasz powoli wierzyć w lepsze jutro i się podnosisz. Okazuje się bowiem, że starczyło sił, bo coś zmienić, by odnaleźć sens obecnej sytuacji.

Możesz to zrobić. Zajmie to trochę czasu, ale pamiętaj, to Twój czas, który ma to do siebie, że szybko ucieka. Każdego dnia dostajesz całkiem nowe 24 godziny do wykorzystania. Jak to zrobisz, zależy od Ciebie.

Więc nie trać swojego życia na płacz nad rozlanym mlekiem. Wstań i walcz, bo możesz osiągnąć wiele, jeśli tylko będziesz konsekwentny i będziesz bardzo tego chciał. Cały świat stoi przed tobą, więc ruszaj w drogę, nie wpatrując się w to, nęcące czasem, wsteczne lusterko.

Powodzenia!

sobota, 7 stycznia 2017

Wrażliwiej znaczy ciekawiej…

fot. Ewa Kawalec

„Jestem strasznym nadwrażliwcem. Bycie nadwrażliwcem to chodzenie po cienkiej linie: jest euforia, czyli nagła radość z drobiazgów albo depresja, czyli załamanie i upadek. Niektóre rzeczy widzę trzy razy mocniej niż inni. Tak jak zauważam różne piękne sprawy, tak widzę syf, którego ludzie nie zauważają. Wrażliwość, która daje mi masę możliwości, musi ze mnie wyjść. Jak zaczynam ją w sobie kumulować, to jest źle.”

Agnieszka Chylińska


            Jak to jest z tą wrażliwością? Są ludzie co czują bardziej? Czy to przekleństwo, czy wielki dar?
Pewnie zależy od sytuacji, a może od naszych wewnętrznych pragnień, marzeń i sposobu postrzegania…
Tak, czucie bardziej u wrażliwców pojawia się w każdej sytuacji. Wyczuwa się dobrą energię, drugiego człowieka, ale również rzeczy trudne przychodzą z wielką siłą.
Czy łatwo czuć emocje innych? Czy każdy tak ma? Nie wiem czy każdy, ale są osoby, które widząc stan, słysząc wypowiadane przez drugiego słowa, wiedzą, co dzieje się we wnętrzu. Powiedziałabym to fizyczny stan odczuwania innej rzeczywistości niż własne postrzeganie. Zobaczyć życie oczyma drugiego człowieka… Tak, to właśnie to… Chcesz być z innymi bardziej, spróbuj poczuć ich emocje na sobie, spróbuj założyć czyjeś buty i pójść tą drogą… Jeśli nie potrafisz tego zrobić, nie licz na cud zrozumienia. Nie licz na to, że nawiążesz tą nić porozumienia w odczuwaniu.
Każdy z nas ma swoją perspektywę bytu, swoje wewnętrzna postrzeganie, bagaż doświadczeń, który każe kwalifikować rzeczy do odpowiednich szufladek. Czy działamy zawsze słusznie? Pewnie nie… Czy da się to zweryfikować? Tak, da się, ale obawiam się, że jednak do tego potrzeba drugiej osoby. Drugiej, która popatrzy z boku na nasze jestestwo. Która na zimno skalkuluje i pomoże nazwać pewne rzeczy po imieniu. Tak, czasem wystarczy nazwać. Tylko wtedy, gdy po prostu nazwiesz to co czujesz, gdy pozwolisz sobie na bycie sobą, możesz odkrywać siebie na nowo. Czasem nie jest to jednak proste. Osoba wrażliwa to ta, która postrzega innych, ale postrzega też swoje emocje z wielką siłą. Kocha na zabój, cierpi mocno, przeżywa i analizuje cały otaczający świat i swoje wnętrze. Jest to jednak ryzyko. Jak miłość i szczęście dodaje skrzydeł, pokazuje magię świata, pozwala żyć pełną parą, tak cierpienie, samotność i ból potrafi zabić. Czy jest na to jakiś przepis, by nie zatracić się w swoich własnych emocjach? W swoim lęku, bólu straty, niespełnionej miłości? Jak poradzić sobie z dławiącym, fizycznym bólem, rozdzierającym serce i palącym w środku jak żywy ogień? Czy jesteśmy w stanie to na tyle wytłumić, by dać radę dalej funkcjonować? Czy mamy na tyle mocy w sobie, by poradzić sobie z tymi pokładami czucia? Tak kochani… mamy. Tylko często nie dostrzegamy najprostszych rozwiązań. Najciemniej pod latarnią, powiadają. I słusznie. Tak często bywa. By okiełznać emocje trzeba samodyscypliny i wiedzy. Wiedzy dotyczącej naszej własnej podświadomości i tego, jak nasze własne myślenie kreuje naszą rzeczywistość. 
„Przestań dźwigać to, czego już nie potrzebujesz. W kieszeni, w myślach, w sercu…” 

„Niewyrażone emocje nigdy nie umierają. Zostają zakopane żywcem, aby powrócić później w znacznie gorszej postaci.” (Sigmund Freud)

Właśnie, to jest to. Nie warto chować uczuć, nie watro tłumić, nie warto walczyć po cichu, w ciemności i samotności. A do tego udawać, ubierać maskę i wszystkim pokazywać, że wszystko jest w porządku. Można oberwać rykoszetem. Nasze wnętrze ma swoją wytrzymałość. Póki nie nauczysz się wyrażać emocji i uczuć, póki nie nauczysz się mówić o tym co czujesz, trudno Ci będzie nawiązać nić porozumienia z samym sobą. Wiem, przyznanie się do uczyć proste nie jest. Zwłaszcza wtedy, gdy nie masz pewności, czy wtedy zapanujesz nad nową rzeczywistością. Nad tym nowym, co może się wydarzyć. Otwartość pokazuje drogę. Nie zawsze jednak jest ona dla nas łatwa na dany moment. Łatwiej jest zatracać się w samym sobie, niż szukać rozwiązań. Łatwiej jest oskarżać otoczenie, los, życie, innych, który jakoś wpłynęli na nasze złe samopoczucie. Trudniej wypracować w sobie siłę do walki i do poszukiwania nowych rozwiązań. Łatwiej jest dzielić włos na dwoje niż opracować plan działania i postawić sobie cele. Czemu? Bo wtedy, gdy stawiasz jasny cel i planujesz działanie wiesz, że musisz ruszyć z miejsca. Ruszyć w nieznane Ci dotąd zdarzenia, odczucia, inne życie. Inne, bo inaczej odczuwane. Nie zawsze jesteśmy w stanie na dany moment zmienić naszą rzeczywistość, to co nas otacza. Ale zawsze możemy robić wszystko by nauczyć się cieszyć tym, co mamy. By w każdej roślinie, rzeczy, człowieku, dojrzeć coś, co motywuje. Dojrzeć to, co może było trudne, ale dało lekcję. Wszystko dzieje się po coś… Szczęście i miłość daje chęć istnienia, ból i cierpienie stają się motorem do działania i wyciągania wniosków. Nigdy nie pozwól jednak na to, by zatrzymać się w bezradności i bezczuciu.

„Oddano mnie ulicom Nowego Jorku. Przywrócono do głównego nurtu życia. Zrobiłem kilka kroków kiedy coś się wydarzyło. To nie poczucie winy mnie zmroziło, nauczyłem się go nie odczuwać. Nie był to też strach przed śmiercią. Nauczyłem się o niej myśleć jak o przyjaciółce. To nie myśl o byciu niekochanym mnie zmroziła. Nauczyłem się żyć bez miłości. Zmroził mnie fakt, że nie miałem najmniejszego powodu by pójść w jakimś kierunku.”

Kurt Vonnegut - "Matka noc"

Działaj, walcz, nie rezygnuj z samego siebie. Nie marnuj własnego potencjału. Doceń światło, które masz w sobie. Nie spychaj emocji w najciemniejszy kąt własnej podświadomości. Bądź sobą. Nie pozwól innym, by z butami wkraczali w twoją rzeczywistość i próbowali uczyć Cię „normalności” – bo wszyscy tak ponoć mają.
Każdy z nas jest jedyny, niepowtarzalny i piękny. Odnajdź to w sobie i doceń. Odczuwaj i nie bój się tego, a zobaczysz jak z czasem Twoje życie nabierze pięknych barw i wszystko o czym marzyłeś, zacznie się nagle dziać…




wtorek, 6 grudnia 2016

Dobro zawsze wraca….

fot. Ewa Kawalec

„Kiedy widzisz dob­re­go człowieka, sta­raj się go naśla­dować. Kiedy widzisz złego człowieka, zastanów się nad sa­mym sobą.”

Konfucjusz


Dziś był wspaniały dzień!!!!! Dzień przez duże „D”. Dzień jak magia przez duże „M”. Tak, dobro zawsze wraca i to ze zdwojoną siłą! Tak ważne jest to, żeby dzielić się z drugim człowiekiem. Podać mu rękę kiedy tego potrzebuje i towarzyszyć mu zarówno w bólu i w cierpieniu, jak i w szczęściu. Zawsze po burzy nadchodzi słońce… tak… Zawsze!
Dziś był dzień dobra i wspaniałości Wszechświata. I kolejny raz potwierdziło się co kilkakrotnie już pisałam: wszystko dzieje się po coś, a dobro zawsze wraca.
Nasze młode kreatywne umysły miały dziś możliwość poczuć to na własnej skórze podczas wspaniałej konferencji dobra. Tak wielu wolontariuszy na raz i to skupionych w jednym miejscu, trudno spotkać na co dzień. Ogromna motywacja do działania.
Jak ważna jest praca na rzecz drugiego człowieka poczułam na skórze już nie raz, a jednak za każdym razem jak dzieje się coś pięknego, to szleje każda komórka mojego ciała. I zawsze to jest niesamowite. „Jak czegoś bardzo chcesz, to wcześniej czy później to nadchodzi”. Czasem w takiej postaci, jak sobie to wyobrażasz, a czasami w innej. Często z pozoru wyglądającej na nie do końca dobrą dla ciebie. Po czym nagle okazuje się, że to co się wydarzyło jest po stokroć lepsze, niż to wcześniej zakładałeś i o czym twoje wszystkie zmysły nawet nie marzyły. Życie potrafi pisać zarówno piękne jaki i sromotnie trudne scenariusze. Ale gdy nadchodzi dzień, gdy przez twoje działanie udaje ci się wywołać piękny uśmiech, drżący głos i łzy wzruszenia, to już jest to bezcenne i żadne pieniądze nie są tego w stanie wyrównać.
Dobro zawsze wraca. Wiem co mówię.
Moja przygoda z drugim człowiekiem zaczęła się od wolontariatu. Tak to czasem jest, że pomaganie innym wypija się z mlekiem matki. Nic w przyrodzie nie ginie! Wolontariat, niby takie nic… niby coś na przetrwanie, a okazuje się, że daje wielką moc. Przede wszystkim można wtedy poznać wielkość ludzkich zmagań. I to do bólu. Pomagasz innym, a równocześnie sam dostajesz siłę. Jak patrzysz, jak inni wychodzą z głębokich dołów swojego życia to i w tobie budzi się niesamowita chęć do walki. Możesz wtedy góry przenosić i wcale nie czujesz zmęczenia. Ale czy zawsze zauważamy człowieka w człowieku? Częściej widzimy dobro, czy zło? A może widzimy to, co tylko sami chcemy widzieć, nie zaglądając na drugie dno? Czemu nie szukamy drugiego dna? Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego łatwiej przychodzi mam ocenianie, niż realne pomaganie, niż próba pochodzenia w czyichś butach, nić podanie ręki potrzebującemu? Bo łatwiej ocenić i zaszufladkować? Bo łatwiej nie widzieć, niż pochylić się nad potrzebującym? Bo…???
Drugie dno, no właśnie… Im więcej spotykam różnych ludzi, tym częściej dochodzę do tego, że jak człowiek zachowuje się jakoś inaczej, niż zakładamy, że powinien, zawsze to drugie dno jest. I dopiero to drugie, jest tak naprawdę prawdziwe. Ale często latami skrywane. Chowane głęboko ze strachu, by ktoś kolejny raz nie wyrządził krzywdy. Maska, masek. Gruba powłoka chowająca prawdziwe emocje…
Ale czy wiesz ile radości sprawia to, jak podajesz rękę, wysyłasz dobre słowo, słuchasz i ktoś wstaje z kolan, odrzuca skorupy, zrzuca pęta z rąk i nóg, zaczyna żyć na nowo? Wstaje, choć wiele lat wierzył, że nic w jego życiu nie może się zmienić. I nagle odzyskuje wiarę w sens życia, w swój własny potencjał i walczy!!! Tak, walczy z całych sił, bo w końcu uwierzył, że ma siłę. Czasami tak niewiele trzeba… Człowiek sam nie wie, ile potrafi znieść, a żaden uśmiech nie jest tak piękny, jak uśmiech człowieka, który sam wiele wycierpiał. Jak często nie zdajemy sobie sprawy z tego, ilu wokół nas jest pięknych ludzi. Pięknych choć poukrywanych pod grubymi płaszczami zmartwień, cierpienia i strachu. Jak często oceniamy książkę po okładce, nie starając się przeczytać choć parę stronic tej książki. A tak często są to trudne powieści pisane potem i krwią. Nikt z nas nie lubi trudnego, prawda? Ale ile razy zastanawiałeś się nad tym, co właśnie daje ci siłę do walki o lepsze jutro? Czy to, że ciągle masz poukładane życie i wszystko przychodzi ci bez trudu? Czy właśnie to „trudno”. To cierpienie, które przez pewien czas paraliżuje, a potem staje się początkiem czegoś nadzwyczajnego i pięknego do bólu. Każdy człowiek ma ogromny potencjał, dosłownie każdy. Tylko nie każdy potrafi to piękno i siłę w sobie odnaleźć. Czasem potrzeba drugiego człowieka, pomocnej dłoni, by wstać. A jak pierwszy raz wstaniesz i zobaczysz, że się da, to nawet jak upadniesz po raz kolejny, to już wiesz co zrobić, by szybciej się podnieść i za długo na tej zimnej, często skutej lodem glebie, nie leżeć.
Da się! Wszystko się da, jak tylko zobaczysz światełko w tunelu. Jak w końcu poniesiesz głowię, zwrócisz się w stronę światła… I tu zacytuję słowa Briana Tracy „Jak zwracasz się w stronę słońca, to cień pada za tobą”. Tak, za tobą i nie przysłania ci już dobrej drogi. Przytoczę dziś jeszcze słowa pięknej kobiety „Teraz już wiem, że zła nie wolno ukrywać, bo jak to robisz, to zło staje się coraz większe i większe i człowiek już nie daje rady sobie z nim poradzić.”
Tak, piękne słowa. Niejeden myśliciel długo się zastanawia, by taką piękną myśl znaleźć. Ale czasem życie staje się takim nauczycielem, który uczy pokory do wszystkiego. Daje potencjał, siłę i cierpienie, po to, żeby kiedyś móc stać się lepszą wersją samego siebie. Wszystko dzieje się po coś…

Dzielmy się pięknem z ludźmi wokół. Twórzmy kryształy ich wody pięknymi. Uczmy tej umiejętności naszych młodych, nie oceniajmy, lecz pochylajmy się nad potrzebującymi.. a kiedyś ten świat będzie piękniejszy…